wtorek, 9 listopada 2021

Ręce Duszy


 Ręce Duszy


Emilia Wróblewska - Ćwiek

(Artykuł ukazał się w czasopiśmie Logon)


Dusza człowieka otrzymała dwie ręce: lewą miała wyciągać w górę, w kierunku Ducha, prawą zaś – opuszczoną - miała błogosławić ziemię, przekazywać jej siłę i moc niebiańskich światów, by to, co na dole, było tak wzniosłe i pełne splendoru jak to, co na górze. Miała stać się zwierciadłem, w którym odbija się Maat - kosmiczne Prawo sprawiedliwości i równowagi odwzorowane w materialnym świecie.


Bycie łącznikiem pomiędzy światem duchowym a materią - oto, co było i co jest przeznaczeniem duszy. Wypełnienie tego przeznaczenia jest jednak kwestią przyszłości. Dusza współczesnego człowieka utkana jest bowiem z eterów należących do świata Natury, zbyt mało szlachetnych, by mogła stać się „oblubienicą” Ducha.


Maat


Egipską boginię Maat, którą można utożsamić z boskim Słowem, Logosem, Planem, przedstawiano jako klęczącą kobietę z uskrzydlonymi rękami, z których jedna celowała w niebo, druga zaś w ziemię. Głowę bogini zdobiło strusie pióro, zwane „shut”, pochodzące od słowa Shu, które było również imieniem boga powietrza, ziemi i nieba i oznaczało „świetlistą przestrzeń”. Po śmierci danego człowieka, bogini Maat kładła na jedną szalę wagi owo pióro, a na drugą- serce człowieka. Jeżeli serce, będące według Egipcjan siedzibą duszy i świadomości, było cięższe niż pióro (czyli nieczyste), człowiek był pożerany przez Ammit- potwora stanowiącego skrzyżowanie hipopotama, krokodyla i lwa. Jeśli zaś podczas ważenia szale wagi znajdowały się w równowadze, oznaczało to czystość i bezgrzeszność serca, i dusza człowieka mogła połączyć się z Ozyrysem - z Duchem i żyć wiecznie w raju. W procesie ważenia udział brali: bóg podziemnego świata- Anubis i wielki nauczyciel ludzkości - Thoth, którego greckie imię brzmi Hermes.


Egipskie mity mogą nam się jawić jako bajki, stworzone przez prosty lud w celu wyjaśnienia tajemnic życia i śmierci. Wtajemniczony jednakże rozpozna w nich przekazaną w zawoalowany sposób wiedzę misteryjną, stanowiącą podwaliny wewnętrznego, mistycznego chrześcijaństwa, którego celem jest całkowite przetransformowanie duszy człowieka, tak by mogła połączyć się z Duchem.


Życie po śmierci?


Mówiąc językiem egipskiego mitu, możemy powiedzieć, że „serce” każdego przeciętnego współczesnego człowieka, zostaje po śmierci pożarte przez potwora Ammut. Tłumacząc to na język ezoteryczny, powiemy, że świadomość takiej osoby rozprasza się; jej osobowość ulega stopniowemu rozkładowi, a tworzące ją „nieświęte”, zanieczyszczone etery, zbudowane z tlenu, wodoru i węgla dołączają do eterów należących do świata Natury i żywiołów: wody (reprezentowanej w micie przez krokodyla), ognia (symbolizowanego przez lwa) i ziemi (przez hipopotama). Możemy tutaj zwrócić uwagę na brak czwartego elementu konstruującego ludzką osobowość - mianowicie powietrza, reprezentowanego przez azot. Nie jest to w żadnym razie przypadek. Oznacza to, że sercu człowieka brakowało uduchowienia; wypełnione było w całości namiętnościami i żądzami (ogień), emocjami (woda) i chciwością oraz nastawieniem materialistycznym (ziemia) i przez to było ociężałe i należało do świata fizycznego. Tylko serce owiane świetlistym tchnieniem Shu, było lekkie niczym piórko i stawało się godne połączenia z Ozyrysem.


Pióro strusia symbolizowało uduchowioną świadomość ludzką. Struś, jako nielot, reprezentuje duszę człowieka należącą do ziemi. Jest jednak ptakiem, posiada pióra, będące atrybutem powietrza, co ma oznaczać, że dusza poprzez swoje ukierunkowanie i pracę nad sobą oczyściła się i uszlachetniła, rozwinęła w pełni ciało mentalne (pióra strusia), dzięki czemu może połączyć się z Duchem.


Ta głębia egipskiego mitu jest ponadczasowa. I jeśli tylko mamy uszy do słuchania, oczy do patrzenia i serce do rozumienia, pojmiemy, że zostaliśmy powołani do życia w wyższej rzeczywistości, niż ziemska. Pożarcie przez potwora Ammit przypomina nieco biblijnego Jonasza, który znalazł się w brzuchu wieloryba. Możemy tu znaleźć odniesienie do ludzkiego mikrokosmosu przywiązanego do ziemi, skazanego na ciągłe inkarnowanie się w materialnym świecie - na uwięzienie, które trwać będzie do czasu, aż człowiek się przebudzi i zatęskni do świata Ducha.


Współczesny Adam

Wyzwolenie z ziemskiego pola magnetycznego nie dokona się jednak na drodze naturalnej ewolucji. Współczesny człowiek sam z siebie nie stanie się obrazem Maat, nosicielem Słowa,


Synem Bożym, Christophorosem. Na obecnym etapie swojego rozwoju przypomina Adama z fresku namalowanego przez Michała Anioła w kaplicy sykstyńskiej. Półleżące ciało Adama należy niemal całkowicie do Ziemi, a jego palec, wyciągnięty w kierunku Boga, jest miękki, niemrawy i bierny. Cała postać mężczyzny wyraża indolencję, lenistwo, zamiłowanie do wygody. Horyzontalna pozycja obrazuje przywiązanie do materii i niechęć do zajęcia się wyższymi sprawami.


W erze Wodnika ludzie masowo budzą się z hipnotycznego zaabsorbowania sprawami świata fizycznego. Mówiąc obrazowo, naprężają wskazujący palec i wyciągają go w kierunku Ducha; nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że wciąż jeszcze „leżą”; że w dalszym ciągu cieleśnie (mamy tu na myśli również ciała subtelne) należą do ziemi. Dopóki bowiem człowiek nie zrozumie swojej kondycji, nie pozna ścieżki prowadzącej do wyzwolenia i nie dokona na sobie Wielkiego Dzieła, dopóty jego serce należeć będzie do Ammit; dopóty podlegać będzie prawu karmana, a jego mikrokosmos kręcić się będzie w błędnym kole bezustannych inkarnacji.


Jak się wyzwolić?


Pierwszym warunkiem niezbędnym do wyzwolenia, jest uświadomienie sobie po pierwsze faktu, że znajdujemy się w więzieniu, zwanym obecnie przez wiele osób Matrixem, matrycą. Nie jest to jednak „boska matryca”, lecz utworzony z jej świetlistej, mentalnej substancji świat pracujący na niskich częstotliwościach lęku, poczucia oddzielenia, braku światła (czyli wiedzy) i braku miłości. Uwięzione w tym świecie dusze nie mogą pokonać tej wibracyjnej bariery. Pomimo ciężkiej pracy nad sobą, nie mogą wykorzenić wrośniętego w swoją istotę egocentryzmu; nie potrafią przekroczyć swojej skłonności do dualnego postrzegania rzeczywistości; nie potrafią kochać bezwarunkowo i żyć bez lęku. Pomimo że na poziomie mentalnym wiedzą, jakie powinny one być, nie potrafią wdrożyć tych wysokich ideałów w życie. Istnieje taki błogosławiony moment, w którym człowiek dochodzi do ściany i uświadamia sobie, że wypróbował już wszystkie znane mu metody samorozwoju, przeszedł wszystkie możliwe terapie, zaliczył ogromną ilość warsztatów, zgromadził olbrzymią wiedzę, lecz mimo to nadal obecne jest w nim zło, lęk i cierpienie. W takiej chwili zaczyna mgliście zdawać sobie sprawę, że aby się wyzwolić, potrzebuje pomocy. Stan ten dobrze oddają słowa biblijnego Psalmu 121: „Wznoszę swe oczy ku górom: Skąd nadejdzie mi pomoc?”


Wielka Nostalgia


Kolejne wersy Psalmu 121 przynoszą odpowiedź, którą człowiek znalazł w swoim wnętrzu: „Pomoc mi przyjdzie od Pana, co stworzył niebo i ziemię”. Odpowiedź ta może nas nie usatysfakcjonować. Jakim cudem bowiem pomóc ma nam nagle jakiś bóg tradycyjnej religii?


Odpowiadając na to pytanie, musimy przede wszystkim uświadomić sobie, że Biblia jest w przeważającej mierze zbiorem natchnionych pism, zawierających zawoalowany przekaz dotyczący mistycznej i misteryjnej drogi prowadzącej do połączenia się z Absolutem. Wyżej zacytowany fragment nawiązuje do momentu na ścieżce, w którym człowiek przestaje szukać wyzwolenia posługując się metodami tego świata, lecz zaczyna po omacku szukać połączenia z Czymś/Kimś wyższym od siebie, niepochodzącym stąd - z ziemskiego pola magnetycznego.


Carl Gustav Jung jest autorem następującej anegdoty: Sędziwy alchemik dodał otuchy jednemu ze swoich uczniów, mówiąc: "Bez względu na to, jak bardzo wyobcowany i samotny się czujesz, jeśli będziesz wykonywać swoją pracę naprawdę sumiennie, nieznani przyjaciele przybędą, by cię odnaleźć”.


Prawdziwa alchemia polega na przemianie nieszlachetnych metali swojej natury w złoto ducha. Nieznani przyjaciele, których ma na myśli Jung, to Boska Hierarchia czuwająca nad duchowym rozwojem ludzkości. To ona jest w tym świecie „prawą ręką” Pana, który stworzył niebo i ziemię.


Gdy człowiek budzi się i zaczyna tęsknić za innym światem; gdy zaczyna uświadamiać sobie, że jego dom znajduje się w duchowej przestrzeni, gdy staje się obcym na Ziemi, oznacza to, że przebudził się w nim atom duchowego Słońca. Taka osoba zostaje dotknięta tym, co Mikhail Naimy w swym dziele „Księga Mirdada” określa poetycko mianem „Wielkiej Nostalgii”, nieugaszonej tęsknoty za duchowym domem, prowadzącej do intensywnych poszukiwań. I ta Wielka Nostalgia jest drugim warunkiem, który trzeba spełnić, żeby się stąd wyzwolić. „Szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam”.


Tęskniący za Bogiem człowiek zaczyna nieświadomie wysyłać ze swojego serca podczerwone promieniowanie, które przyciąga do niego Światło Gnozy i pomoc Duchowego Braterstwa. Otrzymuje znaki, prowadzące go do źródeł i miejsc, w których może w całkowitej samoautorytatywności urzeczywistnić ścieżkę prowadzącą go do mistycznej śmierci ego i poczucia prawdziwej Jedności z całym stworzeniem.


Jestem, który Jestem


W biblijnej Księdze Wyjścia znajdujemy głęboko symboliczną przypowieść o Mojżeszu, do którego przemówił Bóg, ukazawszy mu się pod postacią gorejącego krzewu, który się nie spalał. W krzewie tym możemy odnaleźć analogię do nowej duszy człowieka, rozpalonej boską zasadą wodoru - ogniem, który daje jej nieśmiertelność. Przypowieść ta jest oczywiście zawoalowanym odniesieniem do wyzwalającej ścieżki, jednak nie na tym pragniemy się teraz skupić. Chcemy przez moment zatrzymać się na imieniu, którym przedstawił się Mojżeszowi Bóg: Jestem, który Jestem (Ehjeh aszer Ehjeh).


W imieniu tym możemy bowiem odnaleźć ukryty aksjomat Thotha/Hermesa Trismegistosa: „Jak na górze, tak na dole”. W pierwszym „Jestem” znajdujemy pierwotną Świadomość, Istotę nieobjawionego Boga Ojca; w wyrazie „który” odnajdujemy Słowo, Logos, Maat - Boski Plan, z którego rozwinie się to, co widzialne; w drugim „Jestem” natomiast kryje się ucieleśnienie tego Planu w objawionym świecie.


Żeby człowiek mógł się przerodzić w istotę zgodną z pierwotnym zamysłem Boga, musi stać się w swym sercu, umyśle i czynach absolutnie cichym. Wówczas jego dusza stanie się zwierciadłem, odbijającym owo „Jestem” Boga.


Gdy zaczynamy odczuwać tę świadomość „Jestem”, wznosimy się ponad dualne postrzeganie rzeczywistości. Zaczyna się od tego, że przestajemy reagować emocjonalnie na przejawy dobra i zła, które dostrzegamy w samym sobie. Neutralność ta bierze się z faktu nieutożsamiania się ze swoją niższą naturą. Owo wewnętrzne „Jestem” przenosimy na świat zewnętrzny i pojawia się zrozumienie, że wszystko „Jest”. Przestajemy wartościować i osądzać to, co na zewnątrz, co nie oznacza oczywiście, że stajemy się amoralni. Nie stajemy się amoralni, lecz cisi, pozbawieni preferencji, oczekiwań, przesądów i uprzedzeń. Zaczynamy widzieć, że wszystko, co istnieje, czemuś służy; że jest potrzebne. Pojawia się w nas Szacunek.


Taka cisza może wyrosnąć tylko z „Głosu Ciszy”, który dobywa się z boskiej iskry, niebiańskiego atomu, cząsteczki duchowego Słońca, obecnego w naszym sercu. Ono jest ziarnem, z którego może się rozwinąć szata nowej duszy, zdolnej do poślubienia Ducha, zdolnej do złączenia się z Ozyrysem.


Prowadzi do tego jedynie absolutne wyciszenie siebie, śmierć starego ja, do którego nawiązują słowa Listu Pawła do Rzymian: „A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12, 1).


I inne słowa obecne w dalszej części tego listu „Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne” (Rz 12, 16).


Duszy naturalnej bowiem nie da się doprowadzić do prawdziwej wielkości. Dlatego musi ona „obumrzeć”, aby uczynić miejsce dla innej duszy, świetlistej, wysoko wibrującej, która utkana jest z eterów niepochodzących z tego świata. W tym procesie odnowy, stopniowemu uświęceniu ulegają trzy świątynie Człowieka: sanktuarium jego głowy, serca i na końcu - rąk. Po takiej przemianie dusza ludzka może pochwycić wyciągniętą do niej „dłoń” Ducha. Staje się pośredniczką pomiędzy ziemią a niebem, gotową do tworzenia w substancji Boskiej Maat-rycy.


Mistrz: Jeżeli jesteś cichy, to jesteś tym, czym był Bóg, zanim powstały natura i stworzenie, i z czego On stworzył ciebie jako istotę naturalną. Potem będziesz słyszał i widział przy pomocy tego, czym Bóg widział i słyszał w tobie, zanim pojawiły się samowola, własne widzenie i słyszenie. Przekaż twoją wolę całkowicie Bogu! Nie czyń tego, do czego nakłania cię twoja wola! Poddaj się krzyżowi naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jeżeli to uczynisz, przemówi w tobie Bóg i skieruje twoją wolę Jemu poświęconą ku ponadzmysłowej głębi. Wtedy usłyszysz, co Pan w tobie mówi.


- Jakob Böhme "O życiu ponadzmysłowym".


środa, 21 kwietnia 2021

Sara i Tobiasz

 


Sara i Tobiasz


Tekst: Emilia Wróblewska-Cwiek


W Starym Testamencie znajduje się niezwykła przypowieść, która po trosze przypomina baśń, a po trosze scenariusz do współczesnego filmu o miłości.[1] Oto w jednej chwili, w dwóch różnych miejscach na ziemi modli się do Boga o śmierć dwoje ludzi: starszy, niewidomy mężczyzna imieniem Tobiasz i młoda kobieta - Sara.

Tobiasz jest prawym, wierzącym człowiekiem, żyjącym na wygnaniu w Niniwie. Sumiennie wypełnia obowiązki, jakie nakłada na niego religia: dzieli się pożywieniem i odzieniem z ubogimi, udziela im jałmużny i potajemnie grzebie ciała potomków Izraela, zamordowanych przez ówczesne władze, za co jest prześladowany. Na domiar złego, za sprawą ptasich odchodów, które lądują na jego oczach, traci wzrok. To sprawia, że znajduje się na utrzymaniu krewnego i swojej żony Anny, która zajmuje się przędzeniem. Pewnego dnia, gdy Anna odsyła przędzę pracodawcom, ci oprócz zwykłej zapłaty, dają jej jeszcze koziołka. Tobiasz podejrzewa, że koziołek pochodzi z kradzieży i każe żonie go zwrócić. Ta szydzi z niego, co sprawia, że czara goryczy się przelewa i Tobiasz zaczyna błagać Boga o śmierć.

Sara natomiast modli się o śmierć, ponieważ cierpi równie mocno. Już siedem razy wychodziła za mąż, ale wszyscy jej mężowie zostali w noc poślubną zabici przez złego ducha Asmodeusza.  Podejrzenia padają na Sarę.

Bóg, słysząc te gorące modlitwy, wysyła na pomoc swojego posłańca Archanioła Rafaela.

Każdy, kto jest wprowadzony w misteria pierwotnego, gnostycznego chrześcijaństwa, odnajdzie w tej historii kopalnię soczystych symboli, odżywiających jego życie wewnętrzne i dających mu inspirację na Ścieżce. Przypowieść ta jest „podobieństwem”, w którym wszystko, co pozornie dzieje się w świecie zewnętrznym, odnieść należy do naszego wnętrza: jego aspektów i etapów duchowej ścieżki. Wszyscy bohaterowie historii byliby zatem elementami naszej psychiki, a w ich identyfikacji pomagają nam imiona, które noszą.

Imię Tobiasz oznacza po aramejsku „Bóg jest moim bogactwem”. Płeć bohatera i jego imię wskazują na obecny w każdym z nas aspekt woli.  Jest to wola człowieka, który zdał sobie sprawę z tego, że jedynym bogactwem, o które warto zabiegać w tym świecie, jest Bóg. Współczesnemu czytelnikowi postawa ta może się wydać mocno anachroniczna, nieżyciowa, a może nawet fanatyczna. Żyjemy w materialnym świecie, musimy zaspokajać liczne potrzeby związane z naszą cielesnością. Potrzebujemy również odnajdować się w przestrzeni pełnej rywalizacji, w której wartość człowieka mierzona jest ilością zer na koncie. W tej sytuacji wewnętrzne nastawienie wielu z nas wyrażałoby raczej zdanie „pieniądze są moim bogactwem” lub „moja zaradność i talenty są moim bogactwem”. I nie ma w tym nic dziwnego, ani godnego potępienia, należy to bowiem do naszego ziemskiego człowieczeństwa.

Można powiedzieć jednak, że Tobiasz jest tym aspektem woli w nas, który wspiął się na wyższy poziom spirali rozwoju; lub ująć to jeszcze inaczej: Tobiasz budzi się w nas, gdy nasza dusza, po zebraniu ogromnej ilości doświadczeń w tym świecie, osiąga określony poziom dojrzałości. Zaczynamy wtedy zdawać sobie sprawę z tego, że żadne materialne dobra ani osiągnięcia, przynoszące nam splendor, nie dają nam prawdziwego poczucia sensu i spełnienia. Po drugie, zaczynamy dostrzegać, że dobro, które jest naszym udziałem, talenty i majątek, który wydaje nam się, że posiadamy, nie są tak naprawdę naszą własnością, ani zasługą. Wszystko dostajemy na chwilę, każda sytuacja może się w tym świecie w każdym momencie zmienić w swoje przeciwieństwo. Talenty mogą również przeminąć... A poza tym, czy to naprawdę jest nasza własna zasługa, że dysponujemy jakimiś dobrymi cechami? Czyż nie pochodzą one ze Skarbnicy Dobra znacznie większego niż nasze śmiertelne osobowości? Gdyby tak było, to sami bylibyśmy źródłem własnego istnienia, a to pachnie nonsensem.

Tak rozumuje Tobiasz w nas. Lecz jego żona Anna, zdaje się być jego cieniem. Symbolizuje nieoczyszczone jeszcze aspekty naszej duszy, mocno przywiązane do materii. Mówi nam o tym koziołek, którego dostaje w zamian za swoją pracę. W symbolice biblijnej kozioł utożsamiany jest z szatanem, chciwością, nastawieniem materialistycznym i egocentrycznym. Tobiasz martwi się, że ten dodatek do zapłaty pochodzi z kradzieży. Gdy odczytujemy ten fragment dosłownie, zachowanie mężczyzny może nam się wydać dziwne i niesprawiedliwe. Dopiero znajomość symboliki odsłania nam prawdziwy przekaz. Kradzieżą można nazwać każdy czyn (myśl, emocję), który nie służy jedności; który nie jest zbieżny z wolą boskiej zasady obecnej w naszym wnętrzu.

Współcześnie wiele mówi się o tym, że jesteśmy wszyscy jednością. Można powiedzieć, że słowa te stały się jednym z głównych haseł Nowej Ery. I chyba nie ma człowieka na ścieżce duchowej, który by się z nim nie utożsamiał, bądź nie zgadzał. Mimo to jednak, bardzo często nie widzimy, że nasze codzienne odczuwanie siebie i innych bardzo temu przeczy. To, że jesteśmy wszyscy jednością, akceptujemy na poziomie intelektualnym. Być może w związku z tym mamy większą świadomość ekologiczną, stajemy się wegetarianami lub weganami, staramy się być mili i dobrzy dla innych. Mimo to jednak czujemy się odrębnymi istotami. W naszej psychice jest wiele sprzeczności: czujemy się lepsi lub gorsi, a na pewno inni niż wszyscy. Tych, co są do nas podobni, lubimy; tych, co się różnią - traktujemy z niechęcią. Nie potrafimy patrzeć z tolerancją na poglądy przeciwne niż nasze - mamy skłonność do dyskryminacji i obrażania siebie nawzajem. Współcześnie na przykład społeczeństwo podzielone jest na z jednej strony zwolenników maseczek i szczepionek, a z drugiej na przeciwników. Te dwie grupy bardzo często nie mają dla siebie nawzajem żadnego zrozumienia, Gdy w grę wchodzi lęk bardzo łatwo jest nas podzielić. I nikt już nie pamięta o wysokich ideałach, że „wszyscy jesteśmy jednością”. Bywa, że do tego ostatniego hasła lgnie nasze ego, bo czuje się wtedy wzniosłe i uduchowione, natomiast zanim do niego naprawdę dorośniemy, zanim naprawdę będziemy czuć się jednością, potrzeba długiego procesu. Procesu, w którym Słowo - ideał Boskiej Jedności - stanie się w nas Ciałem; procesu, w którym zintegrujemy wewnętrznie wszystkie obecne w nas sprzeczne aspekty, przeciwstawne zachowania, niezrozumiałe, niskie, zwierzęce instynkty, egocentryczne impulsy, itd.

Ścieżka, która do tego prowadzi, jest ścieżką wewnętrznego chrześcijaństwa. Droga, której szukamy w religiach Wschodu, prowadząca do wolności od iluzji, mai, ego, cierpienia, fałszu, emocji, przywiązania, nawyków, etc. istnieje również w naszym zachodnim chrześcijaństwie. Jest nam podana w Biblii przepięknym, bogatym, głębokim językiem misteryjnym, którego często nie rozumiemy, bo nikt nas tego rozumienia nie nauczył. Bo przekaz został przeinaczony.

Gdy zaczynamy zgłębiać Gnozę, jasne staje się dla nas, dlaczego Tobiasz i Sara modlili się o śmierć. Nie chodziło im o dosłowne odejście z tego świata, lecz o unicestwienie własnych wyobrażeń, popędów, automatycznych reakcji, mroku, błędnych przeświadczeń składających się na iluzoryczne „ja”. W człowieku bowiem istnieje dusza naturalna i przyrodzona jej egocentryczna świadomość. I istnieje również zalążek, ziarno boskiej duszy, niebiańskiej świadomości, zwane lotosem, różą, atomem iskry ducha, ziarnem gorczycy, itd. Ulokowane jest ono w naszym sercu i jego rozwój równoznaczny jest z „oświeceniem”, „urzeczywistnieniem”. To ziarno może rosnąć jedynie wtedy, gdy cichnie nasza naturalna świadomość.

Ta inna dusza, boska dusza jest tą świadomością, która czuje się jednością ze wszystkim i ze wszystkimi, z całym istnieniem. Nie rozróżnia na „ja” i „ty”. Wszystkiego, czego życzy sobie, życzy innym. Potrafi dosłownie traktować bliźniego swego jak siebie samą, na najbardziej nawet subtelnych, wewnętrznych poziomach. Związane jest z tym wewnętrzne znaczenie dawania „jałmużny”, które widzimy m.in. u Tobiasza w naszej przypowieści.  Polega na wewnętrznym, prawdziwym życzeniu każdemu człowiekowi najwyższego dobra, miłości, błogości, duchowego urzeczywistnienia. Nowa dusza jest taką miłością; ona nie musi się jej uczyć, trenować się w niej, ćwiczyć. Miłość ta jest jej istotą.

Nowa dusza jest pośredniczką między Duchem, z którym łączy się, gdy jest dojrzała, a osobowością cielesnego człowieka. Jej symbolem jest w przypowieści Sara. Imię Sara tłumaczy się jako „Księżniczka”, „Pani”, „Szlachetnie urodzona kobieta”. Drugie tłumaczenie wywodzi się od aramejskiego rdzenia „sar”, które oznacza „odwrócić głowę”. Sara swoim pięknem sprawiała, że wszystkie głowy odwracały się w jej stronę. Na wewnętrznym poziomie oznacza to, że nasza wola i mentalny aspekt naszej istoty odwraca się od egocentryzmu zwykłej, ziemskiej natury i ukierunkowuje się na piękno szlachetnej boskiej zasady, którą w sobie nosimy. Siedmiu mężów, których miała Sara, a których zabił Asmodeusz („Niszczyciel” od czasownika „szamad” - niszczyć), można rozumieć albo jako Siedem Promieni Ducha, z którymi dusza nie mogła się jeszcze połączyć, bo była nie w pełni rozwinięta, albo mogą one symbolizować siedem czakr, które nie zostały jeszcze przemienione w procesie gnostycznej transformacji, zwanym transfiguracją. Ten dualizm interpretacyjny bardzo dobrze koresponduje z rolą duszy jako pośrednika pomiędzy tym, co boskie, a tym, co ludzkie.

Aspekt Sary możemy również rozumieć jako oczyszczone serce, a Tobiasza jako oczyszczoną głowę. Gdy serce i głowa modlą się o to samo, gdy przepełnione są jedną intencją, jednym głębokim pragnieniem połączenia się z Bogiem, stania się jednością, miłością, światłem, narzędziem Ducha, wtedy dzieją się gnostyczne cuda. ”Stale proście, a będzie wam dane; ciągle szukajcie, a znajdziecie; wciąż pukajcie, a będzie wam otworzone. Bo każdy, kto prosi, otrzymuje i każdy, kto szuka, znajduje, i każdemu, kto puka, będzie otworzone”.

Tak naprawdę, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, w życiu bezustannie się modlimy. Każde nasze słowo, myśl, emocja, uczucie, czy czyn jest pewnego rodzaju modlitwą; jest wypromieniowaniem energii, która niesie z sobą określone konsekwencje. Jakob Boehme, wielki mistyk z Goerlitz, tak pisał o modlitwie:

„Porzućcie i poddajcie wszystko, co ziemskie Jego upodobaniom i woli; bo nie wiemy, czego powinniśmy pragnąć i o co się modlić, ale Duch Święty pomaga nam w Chrystusie Jezusie, przed swoim Ojcem niebieskim. Dlatego nie potrzeba wielu słów ani długich modlitw, ale duszy wierzącej, która całym swoim szczerym i zdecydowanym zamiarem poddaje się Miłosierdziu Bożemu, aby żyć w Jego Woli”.

Słowa te zwracają uwagę na bardzo ważny aspekt Ścieżki wyzwalania się od „ja”, jakim jest wypełnianie nie swojej woli, lecz woli wewnętrznej boskiej zasady, Boga, który w nas wzrasta.

Inaczej modli się ziemski człowiek o duszy naturalnej, a inaczej modli się nowa dusza. Modlitwa ziemskiego człowieka najczęściej motywowana jest lękiem i jakąś formą egocentryzmu. Najwyższą formą modlitwy, na jaką stać nas, jako istoty o świadomości „ja”, jest wdzięczność lub prośba do sił boskich o to, by pomogły nam wyciszyć się i poddać wewnętrznemu Bogu i by wszyscy ludzie doświadczyli tego poddania się najwyższej zasadzie w sobie. Taka modlitwa, jak to możemy wywnioskować z przypowieści, ma ogromną moc. Przyciąga do nas pomocne boskie siły.

Modlitwa o to, by jakaś mecząca nas sprawa rozwiązała się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, nie jest postawą poddania się woli Boga. Bywa, że dla rozwoju nowej duszy korzystne są rozwiązania, które nie są w smak nam jako osobowościom. Niemniej jednak, gdy jesteśmy naprawdę ukierunkowani na wsłuchiwanie się i podążanie za tym świętym, nieegocentrycznym pierwiastkiem w nas, wszystko w naszym życiu zaczyna się harmonijnie układać. A gdy mają miejsce burze, to tylko po to, by słońce, które po nich wyjdzie, mogło jeszcze jaśniej świecić.

Nowa dusza modli się bez słów. Modli się swoim promieniowaniem, które przyrównać można do zapachu wonnego kadzidła unoszącego się z ołtarza, lub do woni kwiatu. Jest to modlitwa z poziomu jedności i ciszy. Czasami to, co jest właściwe i wskazane na niższym poziomie rozwoju, jest niewskazane i szkodliwe na innym. Gdy człowiek urzeczywistnił już w dużym stopniu nową duszę, modlitwa za pomocą słów może być niewskazana. Cofa nas bowiem z powrotem do stanu duszy naturalnej, działającej z oddzielenia. Paradoksalnie może prowadzić do wzmacniania ego, zamiast do jego wyciszania. Wiedzieli o tym bogomiłowie. Jednym z trzech sakramentów, które uznawali, był sakrament modlitwy. Było to misterium polegające na połączeniu kandydatów z siłami wyrażonymi przez słowa modlitwy „Ojcze nasz”. Wtajemniczeni w ten sakrament mieli nie modlić się słowami, lecz ciszą duszy. Z kolei ci, którzy nie otrzymali jeszcze tego wtajemniczenia, mieli nie używać słów tej modlitwy, ponieważ jako istoty naturalne, byli podłączeni jeszcze pod siły natury, a nie siły Chrystusa, Logosa naszego wszechświata.

Jak już pisaliśmy powyżej, gorąca modlitwa wypływająca z żaru nowej duszy, sprawia, że dzieją się cuda. W przypowieści o Sarze i Tobiaszu, cud ten nastąpił poprzez Archanioła Rafaela („Bóg uzdrawia”), wysłannika zesłanego przez Najwyższego. Anioł objawia się synowi Tobiasza (który również ma na imię Tobiasz), kiedy ten zostaje wysłany przez ojca po pieniądze, które przechowuje dla niego w Medii jego przyjaciel Gabael. Rafael ukazuje się Tobiaszowi juniorowi pod postacią krewnego Azariasza („Jahwe pomógł”). Dzięki jego prowadzeniu Tobiasz znajduje się cały czas na właściwej ścieżce, bezpiecznie dociera do celu, odbiera pieniądze i zyskuje szczęście dla siebie i całej rodziny. Gdy są w drodze, Rafael pomaga mu pokonać potężną rybę. Tobiasz zabija ją i za radą Rafaela zachowuje jej wątrobę, serce i żółć: „Żółć bowiem, serce i wątroba jej są pożytecznym lekarstwem. Anioł twierdzi, że serce i wątroba ryby pomagają wyzwolić opętane osoby od dręczących je demonów. Żółć natomiast usuwa bielmo z oczu niewidomych. Jak już się zapewne domyślamy, Tobiasz uzdrawia Sarę, która okazuje się być córką Gabaela, od złośliwego demona Asmodeusza i pojmuje ją za żonę. Wraca z pieniędzmi do ojca, usuwa bielmo z jego oczu i cała rodzina żyje długo i szczęśliwie.

Zabicie ryby to pokonanie zwierzęcych, nieuświadomionych sił, które rządzą nami z ukrycia i zakłócają rozwój nowej duszy. Czynią to wszystkie emocje, w które wchodzimy, konflikty, krytyczne myśli, ziemskie pożądania i ambicje, lęk i utożsamianie się ego z różnymi „maskami”. Wątroba jest organem w naszym ciele, który ma związek z rodzajem sił duchowych, z których żyjemy. Gdy nasza wątroba zaczyna być zdolna do przyswajania gnostycznego astralnego promieniowania, niezbędnego między innymi dla oczyszczenia krwi, wtedy znika nasze emocjonalne zaślepienie, dusza się oczyszcza się i otrzymuje nowe energie do dalszego rozwoju.

W „Pieśni nad Pieśniami” znajdujemy takie słowa:

Połóż mnie jak pieczęć na sercu,

jak pieczęć na twym ramieniu,

bo jak śmierć potężna jest miłość.

Wypowiada je „Oblubienica” czyli nowa dusza. Słowa te nawiązują do oczyszczenia pragnień obecnych w sercu, co pociągnie za sobą oczyszczenie czynów (symbolizowanych przez ramię). Dokonać tego można tylko siłą miłości Nowej Duszy, która jest „potężna jak śmierć”. W im większym stopniu zdołamy „uśmiercić” siebie, tym więcej miejsca uczynimy dla mieszkającego w nas Boga. Proces ten nie ma nic wspólnego z przemocą, psychicznym gwałtem dokonywanym na samym sobie, wymuszaniem czegoś na sobie, czy tłumieniem tych instynktów naszej natury, które potrzebują się jeszcze „wypowiedzieć”. Nie ma nic wspólnego z potępianiem, winą i karą, ascezą, czy narzucaniem sobie postawy świętego, do której jeszcze nie dorośliśmy. Ścieżką tą idziemy krok za krokiem, każdego dnia, w każdej chwili starając się wsłuchiwać w głos naszego wewnętrznego przewodnika. Takie ukierunkowanie jest modlitwą, która przyciąga do nas siły boskiego pola. To one pomagają nam pokonywać kolejne części ciała naturalnej istoty, która w nas żyje. Im bardziej wsłuchujemy się w nasze wnętrze, tym wyraźniej widzimy, jak cierpliwe i miłujące jest „łono”, które nas nosi. Bóg jest wspaniałym „słuchaczem”. Słucha z miłością, spokojem, ciszą wszystkich naszych słów, czynów, myśli, pragnień. Jest potężną siłą, która potrafi przyjąć największe nawet okrucieństwo, które przychodzi do głowy ziemskim istotom. Słowa wypowiedziane przez Jezusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”, wskazują na to, że każdy nasz egocentryczny czyn rani w jakiś sposób żywe ciało Boga. Mimo to daje On nam na to przestrzeń, czekając cierpliwie aż skutki takiego postępowania, które do nas wrócą, nauczą nas miłości. Miłość Boga, która nas otula, jest niezwykle poruszająca, piękna, zdumiewająca, najdroższa na świecie.

Daje siłę do najwyższego altruizmu, przekraczającego możliwości ziemskiego człowieka. To dzięki niej grupa około 200 katarów w 1244 roku wybrała śmierć na stosie, zamiast wyparcia się swojego połączenia z Bogiem. Spokój i godność, jaką wykazali się ci ludzie idąc w płomienie, poruszyła do głębi wszystkich obserwujących to wydarzenie i porusza nas głęboko do dziś. Ich czyn spowodował, że w eterycznych warstwach naszej planety zapisał się obraz prawdziwego Człowieczeństwa. Nie tego egocentrycznego, pełnego lęku, które skłoniło Piotra do trzykrotnego wyparcia się osądzanego Jezusa, a które jest naturalne dla ziemskiego człowieka. Lecz tego, które „kładzie swoje życie za braci swych”. Dzięki miłości katarów, wszyscy podążający teraz gnostyczną ścieżką, korzystają z potężnej Siły Światła, którą pozostawili po sobie ci niezwykli ludzie.

Aby móc ze spokojem przyjąć wyrok śmierci, potrzeba najpierw obumrzeć wewnętrznie. Wraz ze śmiercią naturalnej, egocentrycznej świadomości, odchodzi lęk i rodzi się w nas ciało świetlne, utkane z miłości. Z popiołów starej natury powstaje Feniks - ognisty ptak wolności i przezwyciężenia, niezależny od ciała fizycznego, należący do Wieczności.

Współcześnie nie musimy oddawać swojego życia za naszą wiarę, przynajmniej nie w dosłownym sensie. Gnostyczna ścieżka prowadzi nas każdego dnia, krok po kroku do zupełnego przewartościowania celu naszego życia. Nowa Dusza, która się w nas rozwija, uwalnia nas od lęku przed tym, co może nas spotkać ze strony świata fizycznego. Zaczynamy widzieć ten świat jako iluzję i stajemy się częścią rzeczywistego Planu Boga. Jesteśmy w tym świecie, ale już nie z tego świata. Stajemy się słupem światła, łączącym ziemię z niebem, ciągłą modlitwą za swoich braci i siostry, za całą cierpiącą ludzkość.​

Ręce Duszy

 Ręce Duszy Emilia Wróblewska - Ćwiek (Artykuł ukazał się w czasopiśmie Logon) Dusza człowieka otrzymała dwie ręce: lewą miała wyciągać w gó...