czwartek, 3 września 2020

O TWORZENIU


 O TWORZENIU

Emilia Wròblewska - Ćwiek

Wiele mówi się o tworzeniu własnej rzeczywistości za pomocą myśli, wysyłanych w przestrzeń intencji, modlitw, wizualizacji, czy afirmacji. Myśli, słowa i emocje, które generujemy nie są najczęściej wynikiem przypadku, lecz powstają pod wpływem konkretnego zbioru przeświadczeń, zakodowanych w naszej podświadomości.

Obserwacja wydarzeń, ludzi i okoliczności życiowych, jakie do siebie przyciągamy, jest sposobem na rozpoznanie głęboko ukrytych wzorców mentalnych, zapisanych w naszym wnętrzu, których w inny sposób moglibyśmy nie zauważyć. Jeżeli przyciągamy do siebie cyklicznie określony rodzaj dysharmonijnych sytuacji, jest to dla nas informacja o pozbawionym miłości programie, obecnym w naszej osobistej przestrzeni. Rozpoznanie go i świadoma praca nad zmianą pomaga nam prowadzić bardziej satysfakcjonujące życie.

Współcześnie obserwujemy bardzo silny  trend, wywodzący się z wiedzy ezoterycznej, zachęcający nas do świadomego kształtowania swojej rzeczywistości poprzez wdrażanie pozytywnego podejścia mentalno- emocjonalnego. Trend ten dotyczy głównie umiejętności przyciągania do siebie tego, co chcielibyśmy mieć: kariery, wymarzonego partnera, pieniędzy, przyjaciół itd. Wszystkie te wartości mają związek z naszą osobowością i dotyczą materialnej egzystencji. Zaspokojenie potrzeb związanych z fizycznością jest ważne. Ważne jest jednak również, jaka część nas zarządza naszym życiem. Kto lub co rządzi naszym myśleniem, odczuwaniem, pragnieniem i działaniem? Biologiczne instynkty, egotyczny, uwikłany w materię umysł, czy Duch, którego mądrość wyłania się z Ciszy?

W społeczeństwie, w którym żyjemy jesteśmy programowani i zachęcani do osiągania zewnętrznych sukcesów. Motywuje się nas do spełniania marzeń, zdobywania spektakularnych celów, dzięki którym mamy osiągnąć szczęście, lub udowodnić swoją wartość. Bardzo często nie konfrontujemy tych pełnych presji oczekiwań społecznych z tym, co gra w naszym wnętrzu, w naszej najgłębszej istocie. Podążamy za powierzchownymi wyobrażeniami na temat tego, czym jest szczęście i ciągle nie czujemy się spełnieni.

Czy w tym, co zewnętrzne, możemy odnaleźć prawdziwe szczęście? Ten świat jest zorganizowany zgodnie ze słowami Heraklita: „Wszystko płynie”. Wszystko tu podlega ciągłym zmianom, prawu narodzin, wzrostu, kwitnienia, przekwitania i śmierci. Wszystko, co się pojawia na planie materialnym, jest nietrwałe, jest jak fala na oceanie. Rodzi się, unosi się z szumem, z hukiem opada i łączy się na powrót z wielką wodą. Hałas, który przy tym powstaje jest imponujący, lecz czy fala posiada swoją własną istotę? Czy można ją pochwycić w ręce, zamknąć w słoiku, zatrzymać? Możemy powiedzieć, że samej fali nie zatrzymamy, ale w pamięci obserwujących pozostanie wrażenie, jakie ten szum na nich wywarł. Taki sposób myślenia jest charakterystyczny dla naszego małego ja, które czuje się odrębne, oddzielone od reszty istnienia i chce się w tej odrębności utwierdzać. Paradoksalnie, to utwierdzanie sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej nieszczęśliwi, bo prawdziwa błogość wypływa z poczucia jedności z całym istnieniem.

Gdzieś na podświadomym poziomie wiemy o tym, że wszystko tu jest nietrwałe. Dlatego, gdy zdobywamy to, na czym nam zależało, lękamy się bardzo, że to utracimy i ciągle walczymy o to, by to utrzymać. Nie potrafimy się tym długo cieszyć. I wówczas znowu myślimy, że jak zrealizujemy kolejne pragnienie, to będziemy szczęśliwi. Przywiązanie splecione jest z lękiem przed utratą, dlatego nie ma w nas spokoju i cierpimy.

W swojej książce „Wolność od znanego” Jiddu Krishnamurti pisze, że pierwotną przyczyną bezładu w nas jest szukanie rzeczywistości przez kogoś nam obiecanej; idziemy mechanicznie za kimś, kto zapewnia nam wygodne życie duchowe. Jest to niezwykle dziwne, że choć większość z nas przeciwstawia się tyranii politycznej czy wszelkiej formie dyktatury, w tym wypadku przyjmujemy cudzy autorytet i poddajemy się tyranii, by zwichnąć swój umysł i wykrzywić swą drogę życia. Jeśli jednak całkowicie odrzucimy (i to aktywnie, a nie tylko rozumowo) wszelkie tak zwane autorytety duchowe, wszelkie obrzędy, rytuały i dogmaty, to stwierdzimy, że znajdujemy się w konflikcie ze społeczeństwem, tracimy szacunek społeczny. Dalej pisze, że zasługująca na szacunek [społeczny] istota ludzka nie może żadną marą zbliżyć się do rzeczywistości, która jest nieskończona i niezmierzona.[ Człowiek, który odrzuci wszystkie gotowe recepty na osiągnięcie szczęścia i spełnienia, stworzy początkowo na zewnątrz siebie chaos, lecz wydostanie się z pułapki, jaką jest ludzkie poważanie.

Te słowa mogą być bardzo wyzwalające. Będą wyzwalające, gdy zrozumiemy, że nasza wartość nie kryje się w naszej osobowości i jej spektakularnych osiągnięciach. Te ostatnie wymagają poświęceń i często dopiero pod koniec życia zdajemy sobie sprawę z tego, że ambicja i chęć zwyciężania przesłoniły nam miłość do ludzi znajdujących się wokół nas. Nasza wartość ukryta jest w Jaźni, w prawdziwej Jaźni, w której, jak mówią mistycy Wschodu i jak naucza Gnoza, potrzebujemy rozpuścić swój umysł, swoją osobowość, swoje ego.

Przed człowiekiem, dostrojonym do swego wnętrza rysuje się tylko jedna ścieżka - ta, którą wytycza mu jego zanurzone w Ciszy serce. To z niego dobiega wołanie Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. (Mk 10: 21)

To porzucenie nie odnosi się do zewnętrznych spraw. A jednak wymaga często ogromnej odwagi. Wymaga ciągłego wysiłku związanego z obserwacją siebie, z wsłuchiwaniem się w głos Ducha i z rezygnacją z egoistycznych popędów.

Nie oznacza to, że mamy stać się żebrakami, tułaczami, mnichami, ascetami, czy pustelnikami. Słowa te odnoszą się w głęboki sposób do naszego wnętrza. „Sprzedaj wszystko, co masz!” Nie utożsamiaj się z ciałem ani z rzeczami materialnymi, nie czyń z nich „przedłużenia samego siebie”, bądź gotów je w każdej chwili porzucić.  Pamiętaj, że wszystkie zdolności, umiejętności nie są „twoje”; są właściwościami Jaźni.  Jaźni obecnej w każdym człowieku. Gdy odnajdziesz ją w sobie, będziesz potrafił dostrzec ją w innych i pomóc im dostroić się do niej. Niech wszystkie Twoje wysiłki służą najwyższemu dobru wszystkich istot.

Rozdaj wszystko, co masz ubogim… Pragnij dla innych wszystkiego, czego chcesz dla siebie. Porzuć chęć bycia kimś wyjątkowym, lepszym, wyróżniającym się. Zostaw pogoń za sukcesem, adoracją, osiągnięciami, prestiżem, bogactwem, wygodą i luksusem, imponowaniem, rzeczami materialnymi. Są to wszystko rzeczy nietrwałe, podlegające ciągłej zmianie, ulotne. Szukaj istoty. Tego, co jest nieporuszone, Ciszy. To w niej kryje się spokój i harmonia, za którymi tęskni Twoja dusza.

Nie ma „mnie”. To, co uważam za „ja” jest zbiorem iluzji, do których przylgnęłam. Moja prawdziwa istota znajduje się głębiej. Nie ma imienia, nie ma nazwy, nie ma koncepcji. „Tao, które może być nazwane nie jest prawdziwym Tao”. Nie potrafię udowodnić słowami innym, że ta inna Istota żyje we mnie. Mogę - jedynie i aż - wyczuwać jej istnienie, i nie płyną za tym żadne słowa. Tak jak nie da się złapać w dłonie fal, tak nie pochwycę „swej” Prawdziwej Istoty umysłem. Nie ujmę jej w ramy koncepcji. Mogę wyczuć ją sercem, w którym znajduje się iskra prawdziwej Jaźni. Mogę usłyszeć wzywający mnie „głos Ciszy”. Tę umiejętność wyczucia Boga w sobie Jan van Rijckenborgh nazywał wiarą. Wiara rodzi się wskutek przebudzenia się w nas iskry prawdziwej Jaźni, iskry Ducha. Gdy podążymy za jej wezwaniem, stanie się ona wielkim ogniem, który pochłonie całą iluzję.

Kazaniu na Górze jest napisane:

Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.  (Mt 6: 33)

Słowa te są bardzo pomocne i praktyczne. Zachęcają do pozostawania w teraźniejszości; do szukania naprzód „królestwa”, czyli stanu uświęconej Ciszy w sobie. Gdy słuchamy głosu naszej Jaźni i pozostajemy pełni wdzięczności i zaufania, wówczas sprawy układają się same z pożytkiem dla wszystkich. Nasza praca odbywa się pod przewodnictwem Ducha. Dostrajamy się do pola wszelkich potencjałów, do Boga, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Dlatego Mistrz Eckhart napisał: Świętości nie należy opierać na czynach; raczej należy ją opierać na byciu, albowiem to nie uczynki nas uświęcają, lecz my powinniśmy je uświęcać

Samorealizacja, na której nam tak bardzo zależy, nie polega na rozwijaniu i udoskonalaniu osobowości. Nie polega na tym, by osiągać niesamowite wyniki i uważać się za autora tego sukcesu. Wszystko zanurzone i pogrążone jest w Bogu, w nieskończonej Jaźni, Źródle, które obdarza nas wszystkim, co istnieje. A więc w naszym życiu chodzi o odnalezienie Boga w sobie, przejawienie się prawdziwej Jaźni, rozpuszczenie w niej koncepcji o własnej odrębności, wyzwolenie się od egoizmu i lęku na rzecz Miłości i jedności. Tacy ludzie tworzą Nową Ziemię, wolną od bólu, niesprawiedliwości i niedoskonałości. Na tym właśnie polega prawdziwa Twórczość.


Artykuł ukazał się w casopiśmie LOGON


środa, 10 czerwca 2020

Pytanie książek i gwiazd



Pytanie książek i gwiazd?

Od niepamiętnych czasów, w ludziach obecne jest pewne poczucie braku, niedoskonałości, niepełności. Być może płynie ono z obserwacji siebie i swojego funkcjonowania w świecie, doświadczania błędów, które się popełnia i ich konsekwencji. Być może płynie ono też z jakiegoś głęboko w nas wpisanego przeświadczenia, że człowiek może osiągnąć doskonałość, być nieskazitelny.
Z tych dwóch czynników bierze się nasze dążenie do naprawiania siebie, do intensywnego ulepszania swojej osoby według obecnego w nas wyobrażenia o tym, kim jest człowiek doskonały. Wyobrażenie to może pochodzić z wnętrza lub być rezultatem wzorców narzuconych z zewnątrz. To ostatnie zjawisko odnosi się w dużej mierze do korekty naszego wyglądu zewnętrznego, a także do wzorców zachowania lansowanych przez media. Bywa, że nie zwracamy uwagi na to, czy te zewnętrzne kanony współgrają z naszą wewnętrzną prawdą. Nie jesteśmy bowiem nauczeni wsłuchiwać się w siebie i szanować wiedzę, która napływa do nas z Ciszy. Gdy staramy się uformować siebie na siłę, przypominamy siostry Kopciuszka - "przycinamy" siebie, byle tylko wpasować się w pożądany szablon. Staramy się sprostać oczekiwaniom ego, nierealistycznym żądaniom, wynikającym z braku szacunku.
Jedną z najtrudniejszych rzeczy dla nas jest akceptacja tego, co jest, zgoda na to, co jest. Zgoda na siebie: na swój wygląd i obecny poziom świadomości oraz na to, co dzieje się w chwili obecnej. Z braku zgody płynie niepokój, nerwowość, poczucie, że ciągle musimy dokądś biec, coś ulepszać i coś osiągać, czegoś się uczyć, nabywać, gromadzić. W rezultacie jesteśmy w wiecznej pogoni za wyimaginowanym ideałem i zaniedbujemy to, co jest teraz, oraz tego, kto jest teraz. Obecnego siebie, swoje obecne ciało, swoje obecne rozumienie, swoje obecne odczuwanie. Jest to wielka pułapka, w którą schwytał nas nasz umysł. To tak, jakbyśmy nie dawali miłości i uwagi nowonarodzonemu dziecku, mówiąc mu, że pokochamy je jak dorośnie. Rezultatem jest wielkie cierpienie, płynące z energetycznego niedożywienia.
Nauczeni jesteśmy uciekać umysłem od siebie i od chwili obecnej. W przeszłość, w przyszłość, w abstrakcyjne rozważania, w rozrywki lub pracę. Nie jesteśmy świadomi ani tego, co "bliższe niż ręce i nogi", czyli Boga, który w nas przemawia, ani dosłownie nie jesteśmy świadomi naszych "rąk i nóg", naszego ciała - tego, co się w nim dzieje, co stara się nam ono zakomunikować.
Ezoteryczna mądrość głosi, że duch jest życiem, umysł – stwórcą, a ciało rezultatem. Nasze ciała są wspaniałym darem i narzędziem na ścieżce samopoznania. Wsłuchując się w swoje ciało, wczuwając się w nie, kontaktując się z tymi częściami w nas, które są ściśnięte, przyblokowane, bolesne, możemy rozpoznać, w jakich aspektach nasz umysł oddalił się od ducha, tworząc fałsz, iluzję, a tym samym cierpienie. Niedomaganie danej części ciała jest obrazem zniekształcenia odpowiadającej jej symbolicznie prawdy ducha. Nie jest to jednak powód, by siebie potępiać, lecz sygnał od ciała, by rozpuścić fałsz, rozpoznać prawdę i siebie pokochać.
Wszelki brak akceptacji jest cierpieniem. Żeby dostroić się do doskonałości, nie potrzebujemy "tresować” siebie, łajać i strofować. Nie potrzebujemy nabywać mądrości z zewnątrz, technik z zewnątrz, zmuszać się i kontrolować. Potrzebujemy słuchać mądrości swojego serca, mądrości chwili obecnej i mądrości swojego ciała. Potrzebujemy ciszy, a nie gotowych formuł. Receptywności zamiast narzucania.
Dlatego Lao Tzu powiedział:
Ci, którzy poszukują wiedzy, gromadzą coś każdego dnia.
Ci, którzy poszukują Drogi, pozbywają się czegoś każdego dnia.[1]
Wszelkie techniki pracy nad sobą wymyślone przez innych ludzi są ich własnym bogactwem. Możemy się nimi oczywiście inspirować, jednak powinniśmy bardzo uważać, żeby było to zgodne z naszą wewnętrzną prawdą. Bywa bowiem, że naśladujemy kogoś, imitujemy go, jego metody, i nie widzimy, że imitacja ta jest cieniem, odbiciem, kopią - zamiast być żywą prawdą chwili obecnej. Wszelkie naśladownictwo, powtarzanie wyuczonych technik w pracy nad sobą jest zagłuszaniem mądrości swojego serca, żywej mądrości Teraz.
Wszelkie światopoglądy są próbą wtłoczenia niewyrażalnej Prawdy w ramy teorii. Eckhart Tolle w swoich wykładach zwraca często uwagę na to, że w momencie, gdy np. widzimy albo słyszymy ptaka i nasz umysł od razu rozpoznaje, że to kos lub słowik, zadowalamy się tym i zamykamy na wielowymiarowość, głębię i prawdę tej istoty oraz tego, co się dzieje w chwili obecnej. Zadowalamy się etykietami, zamiast smakować rzeczywistość.
Tym, nad czym potrzebujemy pracować, jest przyjmowanie chwili obecnej bez sprzeciwu, obserwacja głębszej mądrości, która wyłania się z każdego doświadczenia. Jest to "pozbywanie się czegoś każdego dnia", by stać się pustym, wolnym od uprzedzeń. Wielką pomocą jest tu nasze ciało. Wczuwanie się w jego świętość i mądrość. Wczuwanie się w miejsca bolesne, w których odczuwamy dyskomfort, i obdarzanie ich świadomością, uwagą, otulanie miłością. Nie potrzeba tu żadnych technik i komend. Nasza wewnętrzna mądrość będzie naszym przewodnikiem. Nasze serce, jego zdolność odczuwania łączy nas z duchem, a duch jest inspiracją dla umysłu. Gdy podążamy za tym prowadzeniem, stajemy się pełni i doskonali na obraz i podobieństwo Boga, a nie na obraz doskonałości, wymyślony przez egotyczny umysł.
Kluczem jest umiejętność słuchania mądrości serca, mądrości ciała, mądrości chwili obecnej i obdarzanie wszystkiego szacunkiem, uwagą i akceptacją, jednym słowem - Miłością

Tekst ukazał się w czasopiśmie Logon. Poniżej link:

https://www.logon.media/pl/pytanie-ksiazek-i-gwiazd

środa, 27 maja 2020

Śpiący Rycerze


ŚPIĄCY RYCERZE

Emilia Wróblewska - Ćwiek

W swej książce Bohater o tysiącu twarzy, Joseph Campbell stwierdził: „Zadziwiające jest to, że owa charakterystyczna moc poruszania i budzenia naszych głęboko ukrytych sił twórczych tkwi w najprostszej bajce dla dzieci, tak jak w kropli wody zawarty jest ocean lub w jaju pchły cała tajemnica życia”[i]. Mówi on, że mity i podania ludowe zebrane z wszystkich zakątków ziemi składają się na jedną wielobarwną, bogatą opowieść o wzniosłym przeznaczeniu człowieka i ścieżce, która prowadzi do jego urzeczywistnienia.
Jedna z najbardziej znanych polskich legend opowiadająca o „śpiących rycerzach” ukrytych w grocie pod Giewontem, wpisuje się w znany na całym świecie motyw pozostających we śnie bohaterów, którzy - gdy nadejdzie odpowiedni czas - powstaną, by walczyć o wolność. Historia o śpiących tatrzańskich rycerzach bywa zazwyczaj interpretowana w kontekście patriotycznym i niepodległościowym, mimo to jednak jej przesłanie jest dużo głębsze i bardziej pierwotne. Aby to wykazać, przytoczymy dla przypomnienia treść legendy.
Bohaterem podania jest pastuszek imieniem Jaśko, mieszkający w góralskiej wiosce u podnóża Tatr. Pewnego razu sąsiad Jaśka, stary gazda, złożył mu wizytę i opowiedział historię o skarbie ukrytym w jaskini pod Giewontem. Zaintrygowany chłopiec udał się więc pod Giewont, aby znaleźć ową jaskinię. Gdy zmęczony wędrówką przysiadł na kamieniu, usłyszał rżenie koni. Zdziwiło go to, ponieważ na wysokości, na której się znajdował, nie spotykało się raczej koni. Po chwili zorientował się, że dźwięki dochodzą spod ziemi. Rozejrzał się wokół siebie i dostrzegł niewielką szczelinę pomiędzy głazami. Zaciekawiony, odwalił kamień zagradzający wejście, zsunął się w dół, szedł chwilę w ciemnościach, aż trafił do dużej groty, w której płonęło ognisko. Pod jej ścianami stały piękne konie, pośród których spał rycerz w lśniącej zbroi. Jaśko wystraszył się i rzucił do ucieczki. Uciekając jednak, kopnął niechcący kamień i obudził rycerza, który zadał mu pytanie:
– Czy nadszedł już czas?
– Nie panie, jeszcze nie – odparł Jaśko.
– Dobrze. To bardzo dobrze – powiedział rycerz i wskazał chłopcu sąsiednią grotę. – Popatrz chłopcze, tu śpimy my, rycerze jego królewskiej mości. Gdy nadejdzie czas, wstaniemy, aby bronić naszych gór i naszej ziemi. Ale teraz jeszcze nie budź moich braci. Gdy będzie trzeba, powstaną sami.
Powiedziawszy to, rycerz podszedł do ogniska, wyjął z niego grube, palące się polano i podał chłopcu, aby oświetlił sobie nim drogę.
Po powrocie do domu Jaśko opowiedział o swojej przygodzie góralom, którzy również zapragnęli zobaczyć rycerzy. Podczas kolejnej wyprawy chłopiec nie odnalazł jednak wejścia do jaskini. Nie usłyszał także rżenia koni.
– Jeszcze nie nadszedł właściwy czas – rzekł do górali, a oni mu uwierzyli.
Stary gazda zwrócił się do chłopca słowami:
– Nie sądziłem, że uda ci się odnaleźć skarb, o którym ci opowiedziałem. Czy wiesz, co jest tym skarbem?
Jaśko pokręcił głową.
– To wolność, chłopcze – uśmiechnął się stary góral. – Ona jest największym skarbem. Nie tylko tutaj, w górach, ale i na całym świecie. I to właśnie jej będą zawsze strzegli śpiący rycerze z Tatr.[ii]
Legenda ta stała się inspiracją pięknego, poruszającego swą głębią wiersza Marii Konopnickiej „Tam w moim kraju, w dalekiej stronie”:
Tam, w moim kra­ju, w da­le­kiej stro­nie
Sto gwiazd zga­szo­nych stoi w ko­ro­nie,
Sto gwiazd zga­szo­nych nad po­lem stoi,
Jak stu ry­ce­rzy w że­la­znej zbroi.

Tam, w moim kra­ju, w da­le­kiej stro­nie
Sto serc go­rą­cych tę­sk­no­tą pło­nie,
Sto serc go­rą­cych w pier­si ude­rza
Jak duch w że­la­zne bla­chy pan­ce­rza.

Tam, w moim kra­ju, w da­le­kiej stro­nie
Sto wi­chrów tęt­ni przez pu­ste bło­nie,
Sto wi­chrów tęt­ni przez szlak ste­po­wy
Jak stu ru­ma­ków w zło­te pod­ko­wy.

A jak prze­mi­nie sto dni, sto nocy,
Wsta­ną ry­ce­rze w serc ży­wych mocy,
Wsta­ną ry­ce­rze, do­się­dą ko­nie,
Za­pa­lą gwiaz­dy w zło­tej ko­ro­nie.
Symbolika zawarta zarówno w legendzie, jak i w wierszu nawiązuje do archetypowych motywów wyzwalającej ścieżki duchowej, w którą wyrusza każdy człowiek, gdy nadchodzi „właściwy czas”. Ścieżka ta była od zawsze przyrównywana do wspinania się na wysoką górę. Jej celem było i jest wzniesienie, wspięcie się na duchowe wyżyny, odzyskanie utraconej dawno temu wolności i suwerenności, wyzwolenie się z okowów materii; z błędnego koła narodzin i śmierci. W drugiej części tego artykułu postaramy się ukazać, jak ta stara, słowiańska przypowieść ludowa i napisany przez Marię Konopnicką wiersz pokrywają się ze ścieżką alchemicznej przemiany i biblijnym przekazem, odczytywanym przez pryzmat wewnętrznego chrześcijaństwa (Gnozy).
W życiu każdego z nas przychodzi moment, w którym uzmysławiamy sobie jałowość naszej ziemskiej egzystencji. Podczas niezliczonej ilości inkarnacji na tej planecie zdobywamy ogromną ilość doświadczeń, z których jasno wynika, że osiągnięcie spełnienia jest tu niemożliwe. Uświadamiamy sobie, że pomimo zdobycia wszelkich możliwych dóbr materialnych, wymarzonego partnera życiowego, czy zawodowej samorealizacji, wciąż obecna jest w nas jakaś pustka i tęsknota za innym światem. Zaczynamy czuć się na Ziemi obco, pojawia się poczucie bycia uwięzionym. Symbolem naszego zniewolenia i nieboskiego stanu są zgaszone gwiazdy w koronie z wiersza Konopnickiej. Pojawia się w nas „wielka nostalgia” za duchowym domem, za utraconą boską ojczyzną.
W naukach gnostycznych, tęsknotę tę nazywa się prawspomnieniem. W naszej świadomości pojawia się bowiem niewyjaśnione przeczucie, że istnieje doskonały, pełen miłości świat, do którego możemy powrócić. Owo prawspomnienie reprezentuje w legendzie „stary gazda”. Jest on głosem naszej prawdziwej istoty, przemawiającej za pośrednictwem tzw. iskry ducha, obecnej w naszym sercu. Iskra ta jest boską cząsteczką ukrytą w nas, pierwotną materią, ziarnem, z którego może się odrodzić nasza boskość. Jej głos przypomina nam o czekającym na nas duchowym skarbie.
Głos ten zwraca się do małego „Jana” w nas, do części naszej psychiki, natchnionej przez iskrę ducha i jej tęsknotę za Bogiem. Niezwykle interesująca jest zbieżność imienia głównego bohatera legendy i biblijnego Jana Chrzciciela, który prostuje ścieżki na przybycie Zbawiciela. Przygotowuje nasz system na narodziny nowej duszy, którą w Biblii reprezentuje Jezus. Potrzebujemy zrozumieć, że wszystkie postaci i wydarzenia opisane w Biblii i innych świętych księgach różnych tradycji religijnych, a także mitach z całego świata, odnoszą się do aspektów naszego wnętrza i naszych wewnętrznych zmagań na ścieżce prowadzącej do duchowej wolności.
Gdy budzi się ten zew wolności, ukryty w nas Jaśko wyrusza na poszukiwanie skarbu. Alchemicy uważali, że fazie tej patronuje Merkury. Na tym etapie zaczynamy poszukiwać duchowej Prawdy. Jeździmy na różne wykłady, warsztaty, spotkania, czytamy ezoteryczne książki, medytujemy, zmieniamy sposób odżywiania się, pracujemy nad własnym charakterem, jednym słowem, staramy się na wszelkie możliwe sposoby dostroić wibracyjnie do świata Ducha. I jeżeli jesteśmy wytrwali, przychodzi moment, gdy, zgodnie ze słowami Jezusa „szukajcie a znajdziecie”, następuje punkt zwrotny na naszej ścieżce i zostajemy połączeni z siłami Gnozy.
Symbolem miejsca, w którym następuje takie połączenie, miejsca, będącego pomostem pomiędzy naszym „podksiężycowym”, ziemskim światem, a wymiarem Ducha była dla starożytnych grota, jaskinia. To właśnie w grocie skalnej Jezus narodził się i zmartwychwstał.
Skały, kamienie były od zawsze kojarzone z ziemią, twardą materią, krystalizacją, której władcą był Saturn. Pod patronatem Saturna znajduje się pierwsza alchemiczna faza procesu przemiany ziemskiego, „ołowianego” człowieka w utkaną ze złotego światła boską istotę. Faza ta nosi nazwę nigredo – czernienie.
Grota to symboliczne pęknięcie naszego materialistycznego nastawienia. Miejsce w nas, w które może wpłynąć energia nie z tego świata. Jaśko z legendy odsuwa kamień i schodzi w dół, do ciemnej jaskini. Konfrontuje się tu z własnym lękiem i poznaje obecny w sobie mrok. Doświadcza pierwszej z dwóch „ciemnych nocy duszy” - nocy określanej przez świętego Jana od Krzyża, jako noc umysłu. Oczyszcza się wstępnie ze swych najbardziej przyziemnych dążeń, materialistycznych przywiązań i cielesnych żądz. Mierzy się ze swoim cieniem i powoli go rozświetla mocą swojej świadomości. W miarę oswajania się z nieuświadomionymi dotąd aspektami siebie, przyjmuje coraz więcej duchowego ognia. Legenda ukazuje nam to w obrazie ogniska i rozmowy z rycerzem.
Jaśko wchodzi do dużej groty i w blasku ogniska dostrzega „piękne konie, pośród których śpi rycerz w lśniącej zbroi”. W tej fazie rozpoznaje ukryte w sobie boskie, wyzwalające siły. Przebudzony rycerz ukazuje mu sąsiednią grotę, w której wsparci na mieczach spoczywają inni śpiący rycerze. Gdy nadejdzie czas, zbudzą się ze snu, wsiądą na swoje rumaki i uwolnią góry oraz ziemię.
Zatrzymajmy się chwilę przy obrazie rycerza na koniu. Człowiek dosiadający wierzchowca, komunikujący się z nim poprzez subtelne ruchy swego ciała, panujący nad nim i stopiony z nim na wiele godzin w jedno, przywodzi na myśl centaura. W tej mitycznej postaci pół-konia, pół-człowieka, celującego z łuku w gwiazdy, alchemicy dopatrywali się idealnego połączenia ciała, duszy i ducha. Centaur o głowie, piersi i rękach człowieka oraz tułowiu i nogach konia to obraz boskiej trójcy wtłoczonej w zwierzęce, materialne ciało, symbolizowane przez liczbę cztery (cztery nogi zwierzęcia). To obraz ducha, który stopniowo przejmuje kontrolę nad zwierzęcymi popędami człowieka. Obraz ten pojawia się tu nieprzypadkowo, nawiązuje bowiem do wpływów Jowisza, które pojawiają się pod koniec procesu nigredo.
Jowisz, w przeciwieństwie do mrocznego, zimnego, melancholijnego i związanego z ziemią Saturna, niesie z sobą optymizm, ciepło, idealizm, ale też skłonność do przesady i braku umiaru. Tak jak u centaura, widzimy tu połączenie tego, co boskie, z tym, co zwierzęce. Ten sam obraz możemy również odczytać z biblijnej postaci Jana Chrzciciela - określonego jako „głos, nawołującego na pustyni”. Jak czytamy w Ewangelii Marka (Mk 1: 6):
„Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym”.
Wielbłądzia sierść, w którą odziany jest Jan, symbolizuje ziemskie jeszcze ciało, z którego nie zostały do końca wykorzenione zwierzęce instynkty. W ciele tym jednakże znajduje się już siła transmutacji, której symbolem jest wielbłąd. To pustynne zwierzę ma bowiem zdolność do przekształcania zmagazynowanych w garbie zapasów tłuszczu w energię i wodę. Skórzany pas na biodrach Jana obrazuje jego wolę odcięcia się od niższych aspektów swej natury. Szarańcza, którą się odżywia to energia pochłaniająca to, co gęste i niskie, a miód to złoto ducha, w które powoli zaczyna się on odziewać. Do tego etapu ścieżki nawiązuje trzecia zwrotka wiersza Marii Konopnickiej, mówiąca o wichrach tętniących przez pustynne błonie i rumakach o złotych podkowach.
Jowiszowe energie karmią Jaśka siłą ideałów, nadzieją i światłem. Rycerz w lśniącej zbroi, uosabiający cnoty duszy, ofiarowuje mu płonące polano, które ma oświetlać dalsze etapy jego ścieżki. Jaśko, człowiek Janowy, wychodzi więc z groty przemieniony, oczyszczony i wzbogacony o światło ducha, które krąży w jego krwi. Jego wyjście z groty na światło dnia, zwiastuje początek albedo - kolejnego etapu alchemicznego procesu. Owo wyjście z jaskini można porównać do narodzin nowej duszy w człowieku, której symbolem jest w Biblii Jezus. Dusza ta rodzi się z iskry, o której mówiliśmy powyżej.
Jaśko wraca do swoich i zaczyna dzielić się swym światłem z innymi. Kroczy dalej ścieżką umniejszania siebie, by ten Inny w nim - nowa dusza, Jezus, mógł rosnąć w siłę. Legenda kończy się na fazie albedo.
Jasiek jednak otrzymuje obietnicę, że gdy nadejdzie czas przebudzą się w jego systemie wszyscy śpiący rycerze (siły Chrystusa) i wyzwolą jego duszę od świata materii, tak że będzie mógł on powrócić do swojego duchowego domu.
Przed nim jeszcze dwa etapy ścieżki:
citrinitas znajdujący się pod patronatem Wenus i Księżyca, tożsamy z dalszym oczyszczaniem, dojrzewaniem nowej duszy i tkaniem jej świetlistej szaty,
- etap przejściowy, pomiędzy citrinitas a rubedo, znajdujący się pod patronatem Marsa, gdy dochodzi do ukrzyżowania, będącego symbolem całkowitej śmierci starego „ja”. Zwieńczeniem procesu jest etap rubedo, gdy złoto ducha płynie w krwi człowieka. Gdy jego dusza, niczym boska oblubienica, poślubia ducha i jawi się obrazem z Apokalipsy świętego Jana, niczym:
„Niewiasta obleczona w słońce z księżycem pod stopami,
a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu”.
Taką obietnicę otrzymał zarówno Jaśko z legendy, jak i każdy z nas:
„A jak prze­mi­nie sto dni, sto nocy,
Wsta­ną ry­ce­rze w serc ży­wych mocy,
Wsta­ną ry­ce­rze, do­się­dą ko­nie,
Za­pa­lą gwiaz­dy w zło­tej ko­ro­nie.”
„To wolność”, o której mówił stary gazda.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie LOGON.
Linki do niego:
https://www.logon.media/pl/spiacy-rycerze-czesc-1
https://www.logon.media/pl/spiacy-rycerze-czesc-2

TO

TO

Emilia Wróblewska - Ćwiek

„Kiedy ludzie postrzegają niektóre rzeczy jako piękne, inne rzeczy stają się brzydkie.
Kiedy ludzie postrzegają niektóre rzeczy jako dobre, inne rzeczy stają się złe”.
Po pewnym rozważaniu, te myśli Lao Tse coraz głębiej zapadają w serce. Umysł brał je kiedyś za wzniosłą metaforę. Serce odkrywa, że jest w nich prawda, łącząca ciężar Ziemi z blaskiem Słońca, konieczna do zrozumienia i wdrożenia w życie, gdy odczuwamy wielką tęsknotę za Ciszą Jedności Rzeczy. Gdy milczy umysł, serce tańczy tai chi, zespolone z rytmem świata.
Nisargadatta Maharaj nauczał, że opanowanie swej skłonności do odczuwania sympatii i antypatii względem innych ludzi, ich poglądów oraz doświadczeń życiowych, prowadzi do głębokiej miłości. Rudolf Steiner radził swym uczniom, by uczyli się wsłuchiwać głęboko w opinie wyrażane przez innych ludzi, bez zajmowania stanowiska i opowiadania się za lub przeciw nim. Głębokie słuchanie, pozbawione oceny prowadzi do wczucia się w drugiego człowieka i zniesienia podziału między nami a innymi ludźmi. Prowadzi do umiejętności postrzegania duszy drugiego człowieka.
Tam, gdzie jest głośny zachwyt lub odraza, tam jest "ja", tam jest skaza. Niezrównoważona biegunowość pochodzi z braku kontaktu ze źródłem Ciszy, z naszą najgłębsza istotą. Nasza świadomość została odcięta od statecznego pnia wieczności i przypomina gałąź, którą wzburzone wody rzeki ciskają raz o jeden jej brzeg, raz o drugi. I tak, przechodzimy z jednej skrajności w drugą, od zachwytu do odrazy, generując sobie i innym cierpienie.
Czy Miłość jest jednym z biegunów? Jest miłość pisana wielką i małą litery. Źródłem małej miłości jest brak, głód. Mała miłość rodzi się, gdy ktoś z zewnątrz dostarcza jej potrzebnego pokarmu. Mała miłość jest bezbronna i zależna. Mała miłość jest zależna i wrażliwa, ponieważ zawsze jest ktoś lub coś w świecie zewnętrznym, kto mógłby ją skrzywdzić. Dlatego potrzebuje nienawiści, która jest bronią słabych ludzi, dającą im poczucie siły.
Źródłem Wielkiej Miłości jest obfitość. Wielka Miłość płynie z połączenia ze źródłem istnienia, w którym obecne są wszelkie potencjały. Wielka Miłość karmi i odżywia. Jednoczy bieguny. Jest strumieniem, którego prąd zagarnia wszystko i kieruje do źródła. Jest radością, która pragnie się rozprzestrzeniać, dlatego zasiewa swe ziarna w sercach wszystkich istot. Czeka cierpliwie aż ziarna te wzrosną i cała przestrzeń zacznie wibrować szczęściem.
Wielka Miłość widzi wszędzie piękno lub jego potencjał, ponieważ od niej pochodzą ziarna doskonałego istnienia.
W naszych sercach znajduje się portal do Wielkiej Miłości. Nasza mała miłość może stać się Wielką Miłością, gdy zaczniemy szukać pokarmu wewnątrz swojej istoty. Wówczas nasze serce rozpozna „takość” istnienia i będzie ją potrafiło odnaleźć we wszystkim, co żyje. Bez słów, które więżą, wycinając formy z tkaniny wieczności, będzie potrafiło intuicyjnie poznać i odczuć wartość wszystkiego, co jest. Jedność wszystkiego, co jest.
Łatwiej być w tym braku rozdzielania w samotności, trudniej wśród ludzi. Jednak to w kontakcie z innymi rozpoznajemy to, co wciąż jest w nas małe i wymaga uzdrowienia.
Czy powinniśmy stosować się do buddyjskiej metody: "serce ponad zasadą"? Niektóre sytuacje wymagają przekroczenia zasad. Na przykład, gdy jesteśmy w lesie, widzimy jelenia, który przebiega nam drogę i zanurza się w gęstwinie drzew. Następnie spotykamy myśliwego, który pyta, dokąd pobiegł jeleń. Czy w imię mówienia prawdy, narazimy jelenia na śmierć? Nie.
Każda chwila niesie ze sobą świeżość, w której możemy dostroić się do Ciszy Serca. Jedna chwila jest cicha, druga pełna hałasu, kolejna znów pełna ciszy. Niedoskonałość kryje w sobie ziarno doskonałości. Serce to wie i zaczyna akceptować zło, odnajduje w sobie miłość, która „pokrywa wszystkie grzechy”.
Zaczynamy przyjmować wszystko takim, jakie jest, w wolności od konfliktu i oporu. I krok po kroku oczyszczamy swój astralny płaszcz z ciemnych plam zrodzonych z braku zrozumienia i osądu, który generuje emocje. Miłość jest Światłem pełnym odpowiedzi. Jest balsamem kojącym wszelkie traumy.
Coraz wyraźniej wyłania się i jawi naszemu postrzeganiu ta święta, świetlista wstęga Złotego Środka.
Słowa, które wypowiadamy zaczynają łączyć, a nie dzielić. Stają się strumieniem miłości, zagarniającym wszystko do źródła szczęścia. Stają się ziarnami Światła, które wrzucamy w serca naszych braci i sióstr, aby połączyć się z nimi w radości.
Jaśniejący klejnot w sercu, złote centrum zna tę radosną, cichą Jedność. Jest Bogiem w nas, który przybywa do tego świata po to, co do Niego należy.
Artykuł ukazał się w czasopiśmie Logon.
Link do niego:
https://www.logon.media/pl/to

sobota, 4 kwietnia 2020

Symbolika Harrego Pottera


SYMBOLIKA HARREGO POTTERA

Emilia Wróblewska - Ćwiek

Siedmiokrotna saga opowiadająca o przygodach Harry'ego  Pottera jest parabolą siedmiokrotnej ścieżki wyzwolenia pierwiastka duchowego w człowieku z okowów życia w materii.

Kluczem do zrozumienia treści w niej zawartych jest uświadomienie sobie, że kazda z postaci jest symbolem jakiegoś aspektu mikrokosmosu ludzkiego. Pojęcie "mikrokosmos" odnosi się do wglądu, że człowiek jest kimś więcej niż tylko świadomością zamieszkującą ciało fizyczne. Człowiek jest kosmosem w miniaturze; jednakże musimy uświadomić sobie, że na obecnym poziomie rozwoju jestesmy, jako osobowości, mieszkańcami USZKODZONEGO mikrokosmosu.

Siedmiokrotna ścieżka ma nas doprowadzić do naprawienia tego pierwotnego boskiego systemu, tak aby człowiek na powrót stał się "Dzieckiem Bożym", dziedzicem Królestwa Niebieskiego. .

Proces ten przebiega na podstawie przebudzenia się pierwiastka obecnego w naszych sercach, znanego wtajemniczonym wszystkich religii i ścieżek duchowych. 

Reprezentantem tego pierwiastka, zwanego m.in. Iskrą Ducha jest Lily, matka Harrego Pottera (będącego symbolem nowej duszy, rozwijającej się z Iskry). Przyjrzyjmy się najpierw imieniu i nazwisku głównego bohatera. Imię "Harry" w języku angielskim oznacza "łupić", "rabować", "ograbić". Na pierwszy rzut oka wydaje się więc, że imię to jest średnio trafione w odniesieniu do nowej duszy, wywodzącej się ze świętego pierwiastka, jedynej cząstki boskości w naszym ciele fizycznym, kojarzącej się raczej z łagodnością, miłością, harmonia i pokojem. Gdy jednak połączymy go z nazwiskiem "Potter"- garncarz możemy zrozumieć, że to "łupienie" odnosi się do stopniowego usuwania z mikrokosmosu wszelkich ziemskich zanieczyszczeń, wszelkich aspektów obecnego w nas egocentryzmu. Nazwisko "Potter" nawiązuje do formowania i stawania się pustym naczyniem, w które wlać się będzie mógł Duch. W imieniu i nazwisku bohatera zawarty jest klucz odnoszący się do biblijnego burzenia świątyni ( = mikrokosmosu) i stawiania jej na nowo.

Interesujące jest, że imię głównego bohatera i jego najlepszej przyjaciółki- Hermiony-rozpoczyna się od litery "H". Podczas gdy Harry symbolizuje czystą zasadę obecną w naszym sercu, Hermiona jest reprezentantką nowego umysłu wyzwalającego się człowieka. Brzmienie imienia nawiązuje do Hermesa, Merkurego i do hermetyzmu- starożytnej wiedzy alchemicznej prowadzącej do zamiany nieszlachetnych aspektów ziemskiego czlowieka w szlachetne, złote zasady Ducha. Litera "H" może również nawiązywać do wodoru- który jest ognistą zasadą duszy. W siedmiostopniowym procesie transformacji alchemicznej, nieszlachetny wodór starej duszy, będący podstawą świadomości ognia wężowego w systemie rdzeniowo- mozgowym zostaje zastąpiony przez nowy wodór.

W I części sagi maleńki Harry, będący synem magików- Lily i Jamesa (symbolizujących odpowiednio- oczyszczone serce, iskrę ducha i  tęsknotę człowieka za Bogiem) trafia do rodziny Dursleyów, mieszkających pod adresem Privet Drive 4. Jest to aluzja do uwięzienia iskry ducha w materialnym świecie. Dur- to po francusku "twarde, twardy człowiek", a angieskie "lay" oznacza człowieka świeckiego, profana, hiszpańskie "ley" zaś oznacza "prawo". Literze "D" w numerologii odpowiada cyfra 4, ta sama, która widnieje w adresie rodziny Dursleyów, a będąca symbolem materii. Słowo "privet" to ligustr -ozdobna roślina, nadająca się idealnie na żywopłoly, ponieważ można ją strzyc i formować. Jest trująca dla ludzi i zwierząt. To symboliczne bogactwo mówi nam o tym, że boska iskra w nas i rozwijająca się z niej nowa dusza zmuszone są do mieszkania w toksycznym świecie twardej materii, w którym panuje oportunizm, obłuda, dbałość o pozory, chciwość, brutalne prawo, tresura i brak Boga

.

wtorek, 17 marca 2020

ŚWIADOMOŚĆ


ŚWIADOMOŚĆ

Tomasz Ćwiek

Czym tak naprawdę jest świadomość? Niejednokrotnie zadawałem sobie i innym to pytanie i praktycznie zawsze slyszałem różne odpowiedzi. Również moja własna opinia na ten temat podlegała ciąglym zmianom. Jesli zapytamy kogoś idącego ulicą czy jest świadomy, czy żyje świadomie, to jego odpowiedź będzie na pewno twierdząca. Przecież widzi wszytko dookoła, słyszy co się do niego mówi, ma węch, smak, ma swiadomość swego istnienia i dostrzega świat wokół siebie.
Taka odpowiedź jest własnie dowodem na to, co przeciętny człowiek rozumie pod pojęciem świadomości.
Zazwyczaj jako świadomość określa on swą percepcję za pomocą pięciu zmysłow.
A przecieź to tylko mały, malutki wycinek rzeczywistości. Nie dostrzegamy nic co ukryte jest za zasloną iluzji, za zasłoną pewnej częstotliwości. Człowiek widzi tylko procentowy wycinek prawdziwej rzeczywistosci i nawet tak zwany szósty zmysł jest tylko lekkim muśnięciem innej rzeczywistosci, lekkim otwarciem na szerszą świadomość.

Świadomość, źe zyjemy w przemijalnym świecie, matriksie zupełnie zmienia nasz ogląd rzeczywistości. Wtedy zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nawet to co widzimy swoimi oczami i slyszymy uszami, to też niestety iluzja.
Nauka Powszechna rozróżnia różne stany świadomości od mineralnej poprzez zwierzęcą i ludzką aż do form wyższych. Tu na ziemi obowiązuje zwykła ograniczona ziemska świadomość wyrażająca się w świecie przestrzeni i czasu. Mało kto zdaje sobie sprawę, że nawet nasza podswiadomość kierowana przez istotę auryczną nami manipuluje. Wszytko to po to, by zagwarantować przetrwanie istocie aurycznej przez podtrzymanie iluzji w jakiej egzystujemy. Zdarza sie oczywiscie, że poprzez różne praktyki odechowe, czy medytacyjne lub przez zażycie psychodelicznych substancji osiągamy stany, które można określić jako poszerzenie świadomosci.
Jednak te stany są albo bardzo krótkie, albo po prostu dają wgląd tylko w bardziej subtelne rejony tej samej iluzji.

Czy jest więc jakies wyjście z tego stanu?
Czy nasz matriks wraz z ograniczoną percepcją a co za tym idzie, również ograniczoną świadomością jest możliwy do złamania?
Czy jest z niego jakies wyjście?

Odpowiedzią jest uzyskanie świadomości nowej duszy. Jeśli zostaniemy dotknięci przez gnostyczną prawdę i pod jej wpływem uświadomimy sobie, że w naszym sercu ukryta jest cząsteczka, z której odtworzyć możemy prawdziwą Boską Swiadomość, wkroczymy na zupełnie nową nieznaną dotąd ścieżkę. Nowa świadomość będąca świadomością Nowej Duszy powoli wypierać będzie starą opartą na natłoku myśli, emocji, lęków i pragnień. Nowa Świadomość jest stanem ciszy, która w końcowym etapie transfiguracji prowadzi do Świadomości Chrystusowej.

FAŁSZYWE PRZEKONANIA

FALSZYWE PRZEKONANIA

Emilia Wróblewska - Ćwiek

Gdy obserwujemy siebie, swój sposób myślenia i funkcjonowania, zauważamy, że działa on w oparciu o głębokie przekonania, które są zakodowane w naszej podświadomości.

Im bardziej te przeświadczenia zgodne są z Uniwersalną Prawdą Boga, z Miłością, tym więcej w nas i naszych relacjach z innymi harmonii.

Nasze związki z innymi są odwzorowaniem relacji z samym sobą. Inni traktują nas tak, jak my sami siebie traktujemy i odzwierciedlają nam to, co sami do siebie mówimy i co sami czujemy względem siebie, a także jakie mamy pprogramy. I jeszcze- my z zachowania innych ludzi odbierzemy tylko to, co zgodne jest z naszymi filtrami, z naszym czuciem i postrzeganiem siebie. Gdzieś pomiędzy dwoma tymi ostatnimi stwierdzeniami zawarta jest prawda o tym, jak to funkcjonuje, dodając jeszcze, że każdy człowiek przepuści nas przez pryzmat swoich przekonań i przeświadczeń.

Nasze przekonania odnośnie tego, kim jesteśmy są bardzo zawężone. Często utożsamiamy się tylko z własną osobowością. "Jestem skorpionem, więc jestem taki i taki", "jestem facetem, więc reaguje tak i tak", "jestem matką", "jestem szefem"," jestem katolikiem"."jestem intelektualistą", itd. Mamy całą masę skryptów na swój temat, programów. Co więcej, sami do nich często  lgniemy. Sami siebie wkładamy do szuflad i przegródek, które nam się podobają. "Jestem taki świetlisty i uduchowiony"

Jesteśmy żywymi informacjami, pewnym pakietem, który wpasowuje się w nasz ograniczony, matriksowy system. Te informacje albo są z nim zgodne i wtedy wszystko idzie jak po maśle a my czujemy się tu jak ryba w wodzie, albo są niekompatybilne i czujemy się z tym źle. Jest oczywiście wiele wariantów możliwych informacji i ich kompatybilności. Zostawmy  to jednak na razie.

Zawęzone informacje na swój temat kreują "ego". Jest to ograniczony do "ja" sposób postrzegania potężnej Istoty, którą potencjalnie jesteśmy.  Im bardziej rozpoznajemy te wszystkie ograniczenia i rozświetlamy je wyższym, szerszym postrzeganiem, tym bardziej oświeceni jesteśmy a tym samym, szczęśliwi i wolni.

Bywa, że cały nasz system postrzegania działa w oparciu o jedną podstawową fałszywą myśl, do której dostroiły się inne przekonania. Gdzieś na Ścieżce mikrokosmosu, w tym lub innym wcieleniu, pojawiło się jakieś bardzo mocne, najczęściej traumatyczne doświadczenie, wokół którego zaczęły się kręcić,  jak planety wokół Słońca, wszystkie nasze przeświadczenia.

Jedna jedyna myśl może zatruć i zablokować cały nasz organizm i sposób funkcjonowania a także zaburzyć nasze relacje ze światem. Przyjrzymy się myśli: "ja mam zawsze rację" lub "jestem doskonały".. Jeżeli takie jest nasze przekonanie, nasz umysł będzie filtrował przez nie rozumienie wszystkich doświadczeń i interpretował wszystko, co nas spotyka jako potwierdzenie faktu, że "ja mam zawsze rację" lub "jestem doskonały"

I co się dzieje? Pojawia się blokada, korek. Nikt nie ma bowiem zawsze racji, nikt nie jest doskonały, jedynie sam Bóg. My ludzie jesteśmy pełni fałszywych przekonań, pełni ograniczonych informacji, subiektywnych, poranionych,, niepełnych. Potrzeba więc, aby cały czas sprawdzać, gdzie jest w nas Prawda, gdzie fałsz. Od tego mamy świat zewnętrzny i ludzi wokół, którzy są jak lustro ukazujące nam, gdzie się mylimy.

Cały wszechświat daje nam znaki a gdy mamy jakieś fałszywe przeświadczenie, jesteśmy ślepcami, którzy nic nie widzą, głuchymi, którzy nic nie słyszą. Nic do nas nie dociera. Znaki od Boskiej Inteligencji działają w ten sposób, że najpierw dostajemy subtelne wskazówki, że coś w naszym myśleniu i zgodnym z nim postępowaniu, wymaga korekty. Gdy ich nie wychwycimy, dostajemy mocniejsze wskazówki. Gdy nadal nic nie kumamy, dostaniemy w tyłek naprawdę porządnie. Ale bywa, że nawet mocne doświadczenia, jak: wypadek, bardzo ciężka choroba, odwrócenie się od nas ludzi, na których nam zależy, niczego nas nie uczy. W dalszym ciągu bowiem wolimy tkwić w przekonaniu, że mamy zawsze rację, czy jesteśmy doskonali.

Jest to jak hełm na głowie, Taka blokada sprawia, że energia nie może swobodnie płynąć, pojawiają się zastoje, pojawia się dogmatyzm, despotyczność, brak elastyczności, empatii, szacunku dla innych, itd. I gdy nic do nas ciągle nie dociera i wszystko, co nas spotyka przerabiamy na własne kopyto, wówczas w końcu często nasze życie kończy się przed zaplanowanym czasem, ponieważ nie ma szans przebudzenia nas. Osobowość zostaje rozwiązana.

Gdy w naszej przestrzeni pojawia się jakiś problem w relacji z drugim człowiekiem; gdy pojawia się "wróg", oznacza to, że oto stajemy przed jakimś swoim kodem, który domaga się rozpuszczenia. "Wróg" niesie z sobą zazwyczaj program, który pozornie stoi w opozycji do naszego programu, tak naprawdę jednak jest na jakimś poziomie jego uzupełnieniem. Stanie się to bardziej jasne, gdy posłużymy się przykładem. Oto w naszym polu pojawia się ktoś, kto uparcie odgrywa rolę naszej ofiary. Jest to informacja, że mamy w sobie poczucie winy. Jesteśmy sami ofiarą swoich przekonań i dana osoba nam to ukazuje.

Inny przykład: pojawia się ktoś, kto nas okrada. Informacja, że Sami siebie, lub innych z czegoś okradamy. Są to proste przełożenia. Wszędzie są analogie i odwzorowania naszej pierwotnej relacji z samym sobą. Jeśli to zrozumiemy, przestajemy postrzegać danego człowieka jak wroga a jak posłańca z informacją od Boga. Rozpuszcza się w ten sposób lęk i nieprzyjazne nastawienie.

W naszym systemie jest mnóstwo fałszywych przekonań. Często są one tak głęboko zakorzenione, że dużo czasu musi upłynąć, aby coś do nas wreszcie dotarło i byśmy przejrzeli na oczy.

W tym kontekście prawdziwe stają się słowa: "Mędrzec wierzy temu, co widzi, nie temu, co myśli, Głupiec wierzy w to, co myśli, nie w to co widzi". Oczywiście w innym kontekście te słowa nie są prawdziwe, bowiem często nasze zmysły nas zwodzą i  wewnętrzna wiedza jest zgodna z Prawdą.

Gotowość, chęć, otwartość na przyjęcie nieprzyjemnej prawdy o swoich wzorcach jest koniecznością, jeśli chcemy podążać duchową ścieżką. Jest to ten ból, to cierpienie ego, które musimy wpuścić do siebie; które musimy sami sobie zadać. Ego bowiem chce mieć zawsze rację. Boi się być niedoskonałe, ponieważ kojarzy nam się to z brakiem miłości, szacunku czy utratą jakiejś pozycji, przywilejów, czy roli, które chcemy odgrywać.

 Często przyznanie się do błędu nawet przed samym sobą dużo nas kosztuje, jeśli nagle zdajemy sobie sprawę z konsekwencji swoich przeświadczeń. Jeśli jednak nie otworzymy się na ten ból, nie wpuścimy tego ciosu od losu ( jaki ładny rym ) , nie będziemy się rozwijać, będziemy w stagnacji.

Jeśli chcemy kroczyć duchową ścieżką, musimy się liczyć z tym, że na pewno będzie bolało i to nie raz. Jednak ten ból będzie się zmniejszał wraz z rozświetlaniem siebie. W miarę odgruzowywania własnej wewnętrznej przestrzeni, stajemy się coraz bardziej wolni. Ważne też, aby po odkryciu jakiejś nieprzyjemnej prawdy o sobie, dać sobie jak najwięcej Milości i nie potępiać swojej osoby.  Wtedy łatwiej poddać się i otworzyć na pokorę wobec Światła, które nas prowadzi. Nie jestem i nie będę jeszcze długo doskonały, jednak kocham i akceptuję siebie. Nie kochamy innych za to, ze są doskonali. Zawsze jednak chęć zmiany i wysiłek w tym kierunku, który dostrzegamy u drugiego człowieka budzi szacunek i sympatię.

Rozpuszczanie fałszywych przekonań, puszczanie przeświadczeń, które tworzą "ja" to właśnie krzyżowanie, likwidowanie ego. Wymagają one wyjścia ze sfery komfortu, jaką tworzą myśli, do których się przywiązaliśmy.

Nie zawsze przekonania, które posiadamy są dla nas tak pochlebne, jak "ja mam zawsze rację" lub "jestem doskonały". Często są one zakodowanymi toksycznymi wzorcami, które hołubimy w przeświadczeniu, że są zgodne z Prawdą. Najczęściej nie uświadamiamy sobie swoich programów. Gdy już ujrzymy i nazwiemy dany wzorzec, daną fałszywą myśl to jesteśmy bardzo blisko  jej likwidacji.

Na koniec podajmy kilka przykładowych nieprawdziwych przeświadczeń, które możemy mieć: "jestem złym człowiekiem", "jestem winny", "jestem pokrzywdzony", "jestem ofiarą", "nikt mnie nie lubi", " jestem tu po to, by rządzić", "jestem nic nie wart", "jestem głupi", "jestem lepszy", "jestem słaby", "jestem gorszy", nic nie wiem",  etc. Każde z tych przekonań pojedynczo lub w pakiecie może rządzić naszym życiem, zachowaniem, losem. Ego lgnie do wszystkiego, co je wzmocni, uzupełni, wzbogaci. Lecz każda taka "gęba", którą dobieramy, każda maska jest jak kolejna warstwa cegieł w więzieniu,w którym trzymamy naszą duszę,  Naszym zadaniem jest więc we współpracy ze Światłem i z informacjami zwrotnymi, które otrzymujemy od świata, rozpuszczać je i wciąż poszerzać własne horyzonty. Jeżeli jesteśmy puści, wolni od chęci bycia kimś, znika lęk, usztywnienie, walka.
 Boska samoświadomość wyraża się w zdaniu "jestem, który jestem".

wtorek, 25 lutego 2020

Nie krocz ścieżką - bądź ścieżką

Nie jest tajemnicą, że pochodzące z różnych kultur mity zawierają w sobie archetypowe wzorce ludzkich myśli, odczuć, zachowań w relacjach międzyludzkich i reakcji na wydarzenia losowe. Można odczuć, że stanowią one pewnego rodzaju matrycę, która odciska swoją pieczęć na naszej psychice, sprawiając, że od tysięcy lat powielamy te same schematy.
Osoby, które miały jakąkolwiek styczność z astrologią, na pewno zauważyły zbieżność pomiędzy nazwami planet a imionami bogów greckich. Zbieżność ta jest wskazówką, że określone sytuacje, w których znaleźli się bogowie są metaforycznym opisem interakcji pomiędzy energiami planet, noszącymi to samo imię. Każde ciało niebieskie posiada swoją świadomość i określoną energetyczną jakość. Ciała te poruszając i ustawiając pod określonymi kątami w stosunku do siebie, tworzą harmonijne lub nieharmonijne układy (zwane m.in. koniunkcjami, trygonami, kwinkunksami, sekstylami, kwadraturami), przez co wytwarza się potężna energia, o ściśle określonej jakości, która „rozładowuje się” w dramatach rozgrywających się na Ziemi. Aktorami tych dramatów są wszystkie istoty zamieszkujące naszą planetę, zarówno ludzie, jak i zwierzęta oraz rośliny, a nawet minerały.
Układ planet w momencie urodzenia człowieka, odciska piętno na jego ciałach subtelnych, odpowiednio je programując. Dlatego wytrawny astrolog badając mandalę, na którą naniesiony został obraz urodzeniowego układu planet człowieka, jest w stanie precyzyjnie opisać jego charakter, słabe i mocne strony, sposób reagowania w określonych sytuacjach, itd. Co więcej, sprawdzając układy, jakie, poruszające się ciągle po niebie, planety będą tworzyć z jego osobistym kosmogramem, określi, przez co będzie musiał w danym czasie przechodzić, z jakimi wyzwaniami się mierzyć, co będzie mu przychodziło łatwo, a co z trudem.
Stąd, po wizycie u dobrego astrologa, może się w człowieku zrodzić pytanie, czy jego los został z góry ustalony? Czy poruszając się na swojej ścieżce życiowej, nie przypomina przypadkiem metalowej kulki toczącej się po gotowym torze zabawkowego labiryntu? A jeśli tak jest, to kto te tory wyżłobił? I kto zaprogramował jego charakter, typ osobowości, wady i zalety? Na to ostatnie pytanie przychodzi automatyczna odpowiedź, że w dużym stopniu ukształtowało go środowisko, w jakim wzrastał, warunki życia i opiekunowie. Lecz, kto w takim razie miał wpływ na to środowisko? I przecież nie zawsze tak jest, że człowiek jest zupełnie podobny do członków swojej rodziny. Bywa, że swoim charakterem prawie wcale ich nie przypomina. Skąd więc wzięła się jego indywidualność?
Odpowiedź na to pytanie może się wydawać oczywista osobom interesującym się wiedzą ezoteryczną. Wpływ na to wszystko miały uwarunkowania karmiczne, będące spadkiem poprzednich inkarnacji człowieka. Jego obecny los jest kolejnym ogniwem długiego łańcucha wcieleń. Ogniwa te są wielobarwne, ale w pewien sposób do siebie podobne. Każde ogniwo jest układem zamkniętym, okręgiem, w którym człowiek sam siebie uwięził, zgodnie ze wskazówkami, jakie znajdujemy w dawnych przekazach:
Uważaj na swoje myśli, stają się słowami
Uważaj na swoje słowa, stają się czynami,
Uważaj na swoje czyny, stają się nawykami
Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem,
Uważaj na swój charakter, staje się twoim przeznaczeniem.

I tu rodzi się pytanie, jaki związek ma to wszystko z planetami urodzeniowymi?
Jak to się stało, że człowiek znalazł się w świecie, w którym stał się więźniem swojego przeznaczenia?
Odpowiedź na te pytania odnajdujemy w mitologicznych opowieściach rdzennych, starożytnych kultur rozsianych po całej Ziemi. Okazuje się, że archetypowe opowiadania, zapładniające naszą psychikę i kształtujące zachowania można również odczytywać na dużo głębszym, a jednocześnie bardziej uniwersalnym poziomie.
Egipskie mity na przykład, których bohaterami są Nun, Ra, Nut, Geb, Ozyrys, Izyda, Horus, Set, Neftyda, i inni, oprócz takich pierwotnych wątków jak: walka bratobójcza, zazdrość, śmierć ukochanego, zdrada małżeńska, uwiedzenie, narodziny dziecka z nieprawego łoża, walka z bestią, itp. odnoszą się nie tylko do dramatów, rozgrywających się w psychice człowieka, lecz przede wszystkim do rzeczywistości duchowej. Opisują one w metaforyczny sposób potężny proces upadku ludzkiej świadomości, który wiązał się z powstaniem nowego, nieboskiego wszechświata.
Opisują również sposób, w jaki możemy powrócić do naszej niebiańskiej Ojczyzny.
W starożytnym egipskim tekście, pochodzącym z grobowców faraonów: Tutenchamona, Setiego I, Ramzesa II, Ramzesa III i Ramzesa VI, zatytułowanym „Księga Niebiańskiej Krowy” znajdujemy opis buntu ludzkości przeciwko bogu Ra, który według niej stał się zbyt stary, by zajmować się sprawami świata. Ra, dowiedziawszy się o tym, zwołał radę bogów, by doradziła mu co czynić. Po naradzie, wysłał swoje „Oko” (boginię Hathor), aby ukarało zbuntowanych ludzi. Hathor spełniła wolę Ra i dokonała mordu na tysiącach buntowników. Z przyjaznej ludziom, karmiącej macierzy zmieniła się w Sechmet - żądnego krwi demona. Wówczas Ra pożałował swojej decyzji, ulitował się nad ludzkością i poprosił Sechmet o zaprzestanie krwiożerczych działań. Ona jednak odmówiła, bo rozsmakowała się w ludzkiej krwi. Wtedy Ra użył podstępu: wylał na pola siedem tysięcy słojów piwa zmieszanego z czerwoną ochrą, przypominającą krew. Zmylona Sechmet wypiła hektolitry tego napoju, padła zemdlona, po czym obudziła się odmieniona. Stała się na powrót przyjazną ludziom Hathor.
Bunt został opanowany, jednakże Ra zmęczony ludzką niewdzięcznością, poprosił Nut, by przeniosła go w wyższe obszary niebios. Tak się stało. Ra, na grzbiecie zamienionej w krowę Nut wycofał się w wyższe rejony nieba. Rządy nad światem przejęli po nim: Izyda, Ozyrys i Thot. Ra przed odejściem utworzył jeszcze dla ludzi trzcinowe pola- zaświaty, miejsce, w które udawać się będą po śmierci. Od tej pory ludzkość stała się śmiertelna i musi sama troszczyć się o maat- utrzymanie harmonii i porządku. Od czasu wycofania się boga Re, niebem i ciałami niebieskimi zarządzają niżsi bogowie. Planetarne siły, którymi sterował Re, uległy degeneracji i zmieszały się z zasadą zła, chaosu i ignorancji.
Greckimi odpowiednikami bogini Hathor i boga Re byli Atena i Zeus. W micie greckim o Gorgonie odnajdujemy inny wątek nawiązujący do upadku ludzkości.
Gorgona, którą można uznać za ludzką świadomość, była początkowo piękną dziewczyną. Zauroczył się nią Posejdon - władca mórz (w tym kontekście Posejdon tożsamy jest z egipskim bogiem Setem/Tyfonem, uważanym m.in. za pana morza) i uwiódł ją w świątyni Ateny. Ta ostatnia za karę, zamieniła Gorgonę w potwora, który zamiast włosów miał jadowite węże.
Gorgona - nasza początkowo piękna świadomość połączyła się z zasadą zła, chaosu, anarchii, której symbolem jest Posejdon/Set i utraciła połączenie z boską mądrością. Dlatego pierwotna świątynia mądrości, jaką była kiedyś nasza głowa, jest obecnie przybytkiem zamieszkanym przez kłębiące się, nieuporządkowane myśli, które są przyczyną naszego cierpienia. Węże są aluzją do ognia wężowego, płynącego w naszym rdzeniu kręgowym, będącego najważniejszym nośnikiem naszej świadomości. Warto tutaj dodać, że planeta Neptun, nazwana po rzymskim odpowiedniku Posejdona, zarządza ludzką szyszynką. Możemy to odnieść do degeneracji tego organu, wskutek połączenia się z upadła zasadą Neptuna.
W związku z tym nasze umysły są cały czas „wprawione w ruch”. Nie jest to jednak święty, rozumny ruch, symbolizowany przez Izydę. Jest to nieprzerwany mentalny hałas, towarzyszący nam wszędzie i w każdej chwili. Jesteśmy przez niego osaczeni. Większość z nas bierze swoje myśli za rzeczywistość, lub prawdę o otaczającym świecie. Z wielkim trudem przychodzi nam obserwacja tego, co się dzieje w naszej głowie. Na ogół myśli nami rządzą, wywołują w nas określone nastroje i prowokują do impulsywnego, nierozważnego działania.
Nie widzimy rzeczy takimi, jakie są. Widzimy je przez filtry swoich myśli i przeświadczeń, które wykształciły się często wskutek pełnych lęku, traumatycznych doświadczeń.
Thoreau powiedział kiedyś: „Wszechświat jest bardziej rozległy niż nasze opinie o nim”. I analogicznie, nasza jaźń jest bardziej rozległa, niż opinie, które mamy na swój temat. Myślimy, że jesteśmy odrębnymi istotami. Utożsamiamy się z konkretnym zestawem cech: wad i zalet, poglądów, emocji, reakcji, ról, które pełnimy, a które składają się na naszą ziemską osobowość. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jesteśmy kimś znacznie większym, wyższym i doskonalszym. Na poziomie duszy duchowej stanowimy jedność ze wszystkim, co istnieje, oraz jedność z najwyższą boską zasadą, nazywaną w Egipcie Nun i Re.
Na obecnym poziomie świadomości nie możemy odczuwać tej jedności, żyć z niej i jej dobrem kierować się przy podejmowaniu naszych decyzji, ponieważ nie posiadamy duszy duchowej. Nasza świadomość jest egocentryczna. Ten egocentryzm jest cechą naszego ognia wężowego i dlatego każdy z nas pozostaje skupiony na sobie, postrzega siebie jako pępek świata. Jest tak nawet u ludzi, którzy uważają siebie za altruistycznych humanistów, oddanych ludzkości, działających na rzecz pokrzywdzonych, słabych i chorych. Jeśli nie potrafimy dostrzec swojego egocentryzmu, to tylko dlatego, że niedostatecznie samych siebie poznaliśmy.
Prawda ta nie jest tu przekazywana z intencją umoralniania i potępiania, lecz neutralnego informowania. Tacy jesteśmy obecnie- pozbawieni światła wiedzy, płynącego m.in. z prawidłowo funkcjonującego czakramu szyszynki. Dlatego Jezus, umierając na krzyżu, z empatią wypowiedział słowa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.
Egipcjanie nazywali zanurzoną w materii świadomość współczesnego człowieka – Neftydą. Jej imię oznacza „kraniec, granica”, co, jak pisze Plutarch znaczy, iż „dociera na najdalsze krańce ziemi” i „ma w swoim szczególnym posiadaniu moc niszczenia”. Oznacza to, że świadomość ta zanurza się najbardziej, jak się tylko da w świat materii, co wiąże się z ogromnym spowolnieniem wibracji i zanieczyszczeniem. Dlatego, niczym Gorgona, niszczy i kala boską harmonię i porządek.
Neftyda była córką i żoną Tyfona, co oznacza że zrodziła się z pierwiastku ciemności, chaosu, ignorancji, duchowej anarchii i zła. Jako małżonka tej zasady pozostawała bezpłodna. Przypomina nam to bezpłodność biblijnej Elżbiety. Obie te postacie symbolizują fakt, iż zabieganie ziemskiej świadomości o boską doskonałość, jest z góry skazane na porażkę.
Jednakże imię „Neftyda” oznacza również „zwycięstwo”. Gdy nasza osobowość zda sobie sprawę z własnej niedoskonałości, niepełności, pomieszania i zwróci się ku sprawom Ducha, wówczas dopiero, będzie się mógł zacząć dla niej prawdziwy rozwój po spirali. Symbolem tego rozwoju jest miłosne połączenie się Neftydy i Ozyrysa, którego owocem jest Anubis. Ten bóg przedstawiany był z głową psa lub szakala. Głowa psa symbolizowała zdolność do prawidłowego widzenia we dnie i w nocy. Szakal natomiast, jako zwierzę pożerające zwłoki, miał związek z mistyczną śmiercią i odrodzeniem. Anubis bowiem był panem podziemnego świata, który pomagał Ozyrysowi w odrodzeniu się. Oznacza to, że był on uważany za ten aspekt ziemskiej osobowości, który pozwala nam poznać samych siebie, swoją ciemność i mrok. Był również symbolem mocy rozróżniania i unicestwiania tego, co stare, śmiertelne i nie służące rozwijającej się w nas boskości.
W naszym sercu istnieje zalążek innej świadomości, niż obecna- ziemska. Zalążek ten jest jedynym nieśmiertelnym „atomem” w nas, jedynym reliktem naszej niegdysiejszej boskości. Atom ten u wielu osób pozostaje uśpiony. Budzi się wtedy, gdy nasza świadomość, po przejściu wielu inkarnacji i doświadczeń, uświadomi sobie w końcu własną bezpłodność i jałowość. Gdy poczuje, że mimo tylu prób osiągnięcia szczęścia, mimo realizacji tylu celów, odczuwa wciąż pustkę i dziwną tęsknotę za innym światem, za Bogiem. Gdy poczuje własną bezradność, niemoc i niezdolność do tego, by własnymi siłami urzeczywistnić swoją boskość. Przebudzeniu się tej świadomości służy również promieniowanie Ery Wodnika, jednakże nikt nie jest w stanie określić, kiedy to u danej osoby nastąpi. Wiatr bowiem, wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha, jak mówi Jezus do Nikodema.
Gdy ten pierwiastek się przebudzi i nasza świadomość ukierunkuje się na sprawy Ducha, gdy połączenie z Bogiem stanie się naszym największym pragnieniem, wówczas staniemy się niczym Neftyda, czy biblijna Elżbieta- płodną ziemią zdolną do rodzenia owoców. Zaczniemy sobie uświadamiać, że jesteśmy kimś więcej niż nasze małe ja. Zaczniemy się wsłuchiwać w głos serca, z którego pochodzi głos „Tego Innego”.
W greckim micie powiedziane jest, że uśmiercenie Gorgony było niemożliwe bez boskiej pomocy. Gorgonę pokonał Perseusz, dzięki pomocy Graj i Ateny. My - współcześni „bohaterowie,” chcący pokonać własną egotyczną świadomość, również potrzebujemy boskiej pomocy. Udzielają nam jej bodhisattwowie, świetliste Braterstwo, zamieszkujące Próżnię Shamballa.
Perseusz zabił Gorgonę, ustawiając się do niej tyłem i obserwował jej odbicie w miedzianej tarczy, którą trzymała mu sama Atena. Następnie dzięki skrzydlatym sandałom (atrybut Hermesa/ Merkurego), wzbił się w górę i uciął potworowi głowę. Również my potrzebujemy obserwować swoje ego przez pryzmat boskiej miłości i mądrości, którego symbolem jest miedziana tarcza Ateny. Odwrócenie się tyłem oznacza, że już się nie utożsamiamy z własnym małym „ja”. Dzięki sile Merkurego, dzięki gnostycznemu Światłu, potrafimy podnieść swoje wibracje i ściąć wężową głowę mieczem rozpoznania.
To ścięcie głowy oznacza, że nie staramy się już ulepszyć naszej ziemskiej osobowości. Wiemy, bowiem, że jej się ulepszyć nie da. Nasza stara świadomość musi zostać „pożarta przez Anubisa”. Nie ma być odrębnego pielgrzyma na ścieżce. On ma się rozpuścić. Ma stać się jednym z przenikającą wszystko Boską Miłością. Nie mamy więc stać się „wspaniałym człowiekiem”, „wielkim mistrzem”, „guru”, „przykładem dla innych”, „świętym”, etc. Mamy stać się Ciszą. „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą na własność ziemię”, czyli okiełznają i podporządkują Bogu swoją osobowość.
Bywa, że nasze pragnienie rozwoju, staje się paradoksalnie pożądaniem, które oddziela nas od Boga. Tak się dzieje, gdy w nieuświadomiony sposób, pragniemy dla siebie samych chwały Gdy myślimy o sobie, że jesteśmy sami z siebie uduchowieni, święci, dobrzy, lepsi, wówczas rozwijamy tzw. „duchowe ego”.
Kluczem do ścieżki jest akceptacja. Przyjmowanie wszystkiego bez oporu, bez buntu, bez osądzania. Czym innym jest osądzanie siebie, a czym innym umiejętność rozróżniania. Mamy widzieć, co jest w nas światłem, a co ciemnością, które pożądania należą do ziemskiego świata, a które ukierunkowane są na Boga. I to, co jest w nas ciemnością wygaszać, dawać na pożarcie Anubisowi. Nie mamy jednak siebie potępiać i osądzać. Potrzeba nam tu łagodności i cierpliwości dla siebie i innych. Gdy osądzamy siebie, czy innych, stwarzamy hałas, powiększamy ilość węży w głowie, tworzymy dodatkowe koncepcje na temat tego, kim jesteśmy. „Nasz umysł jest zabójcą rzeczywistości” a „Uczeń musi zabić zabójcę”.
Płynące z umysłu koncepcje są utartymi ścieżkami myślowymi, labiryntem, w którym byliśmy uwięzieni przez tak długi czas. Te utarte ścieżki sprawiały, że dokonywaliśmy wciąż recyklingu własnych doświadczeń. Możemy wyzwolić się z błędnego koła własnego losu, przerwać ogniwo łańcucha ciągłych inkarnacji. Możemy uwolnić się ze swojej „normalności”, o której Van Gogh powiedział, że „jest ona utwardzoną ścieżką, ale nie rosną na niej kwiaty”.
„Kwiaty” rodzą się z Ciszy. Z Ciszy wyłania się ścieżka, którą dotąd nikt nie podążał. Tą ścieżką jest Bóg, odradzający się w każdym, kto codziennie krok po kroku uśmierca, wycisza, wygasza swoje małe ja.
Dlatego nie kroczmy ścieżką, lecz stańmy się nią.

Bóg spodziewa się odpowiedzi za zsyłane nam kwiaty,
nie za słońce i ziemię.

Nie przystawaj dla zbierania kwiatów, by je zachować,
ale idź naprzód, kwiaty zaś ciągle będą kwitnąć na twojej drodze.

Ciemne chmury stają się kwiatami nieba,
skoro je ucałuje światło.

Woda w naczyniu połyskuje, woda w morzu jest ciemna.
Mała prawda ma jasne słowa, wielka prawda ma wielkie milczenie.

Pobrudzony jesteś pyłem umarłych słów.
Obmyj duszę w milczeniu.[i]


[i] Rabindranath Tagore, „Zbłąkane ptaki”, wersy 26, 102, 249, 176, 147

sobota, 11 stycznia 2020

Płynąć z prądem rzeki

Nasze życie jest determinowane przez ciągłą aktywność i działanie.  Kultura i mentalność, w których zanurzona jest nasza świadomość, kierują nas na dążenie do osobistych celów, osiąganie sukcesów, realizację śmiałych planów. Naszemu działaniu towarzyszy często społeczna presja, własna, wewnętrzna ambicja, jak również lęk przed porażką i jej konsekwencjami, co sprzyja pojawieniu się emocji, gdy tylko coś idzie nie po naszej myśli. Emocje te są przejawem oporu. Jakiego oporu?
Tak naprawdę całe dialektyczne życie polega na oporze. Gdy coś nam się w życiu przydarza "złego", zawsze stawiamy opór, stajemy okoniem, nie akceptujemy i nie godzimy się nawet z tym, czego już zmienić się nie da. Jeśli przydarzy nam się coś, co nas mocno dotknie, potrafimy to całymi dniami roztrząsać i wyobrażać sobie inne warianty tej sytuacji. Często też zadajemy sobie pytania: "Czy musiało do tego dojść?", "Czy gdybym się inaczej zachował, uniknąłbym tej sytuacji?" itp. Tymczasem rzadko przychodzi nam do głowy oświecająca myśl, że każde zdarzenie niesie ze sobą DAR. Ten dar pozostaje często niezauważony, bo zagłuszył go nasz opór. Nierzadko dopiero po upływie pewnego czasu okazuje się, że zdarzenie to miało głębokie transformujące znaczenie lub wydarzyło się po to, by zwrócić nam uwagę na coś, co kuleje w naszym życiu.
Człowiek swoimi ograniczonymi zmysłami nie postrzega całego obrazu rzeczywistości, lecz jedynie jej wycinek. W działaniu zaś rzadko kieruje się wewnętrznym, duchowym prowadzeniem, lecz realizuje wolę swojego ego.
Pozbawiony łączności z dającą poczucie bezpieczeństwa Wyższą Siłą, szybko popada w lęk i zwątpienie. Gdy coś dzieje się nie po jego myśli, reaguje złością, buntem, frustracją, goryczą, a każda z tych reakcji jest ziarnem kolejnych niepowodzeń, bowiem energia, którą wysyłamy, wraca do nas zwielokrotniona. Jak mówi Biblia: „Co człowiek zasieje, to i żąć będzie” (Ga 6:8). Gdybyśmy jednak w trudnej chwili włączyli dwa niezbędne, magiczne elementy, jakimi są: ZAUFANIE i WDZIĘCZNOŚĆ do Wyższej Mądrości, kierującej naszym życiem, po pewnym czasie okazałoby się, że postawa ta miała głęboką transformującą moc i pod jej wpływem staliśmy się zupełnie innymi ludźmi. Również rzeczywistość wokół nas uległaby diametralnym zmianom.
Jak to możliwe? Ano tak, że oddanie steru w ręce Boskiej Wewnętrznej Siły, przestawia nas z życia według starej egocentrycznej natury na życie, w którym mieliśmy udział przed upadkiem w materię. Zaufanie Boskiej Sile w nas, czyli zastosowanie słów - kluczy: "Niech się dzieje Twoja wola, nie moja " jest rezygnacją z walki i oporu;  jest najbardziej transformującym wydarzeniem, jakie człowiek jest w stanie sobie wyobrazić! Jak już wspomniałem, niezbędne jest tu włączenie dwóch transformujących elementów - bezgranicznego zaufania i wdzięczności. Te dwa alchemiczne składniki powodują dużą wewnętrzną przemianę i przestawienie naszych myśli na inne tory. Doskonałą analogią tej sytuacji będzie rzeka, po której człowiek płynie kajakiem pod prąd, co zmusza go do intensywnego machania wiosłem. Przykład ten doskonale obrazuje nasz opór i walkę, które nie pozwalają nam na życie w boskiej harmonii. Gdy jednak włączymy wspomniane dwa magiczne, alchemiczne elementy, będziemy mogli odłożyć wiosła i używać ich tylko ewentualnie do korekty kursu, zgodnej z wewnętrzną nawigacją.
Potrzebujemy działać  zgodnie z tym, co dyktuje nam wewnętrzny głos. Nasze intencje muszą stać się czyste, nastawione na to, by jak najlepiej służyć Bogu. Wsłuchując się w głos serca i podążając z prądem rzeki, żyć będziemy zgodnie z Boską Wolą! Oczywiście rzeka ta nie zawsze będzie spokojna! Nieraz będzie rwąca i pojawią się na niej różne przeszkody, kłody, wystające kamienie, czy konary. Czasem w nie uderzymy, ponieważ nasze zdolności do wewnętrznego czytania "nakreślonej boską ręką mapy" czy "planu podróży" nie są jeszcze doskonałe. Jednak gdy w takich chwilach okażemy zaufanie i wdzięczność, zobaczymy, że są to jedynie znaki na ścieżce, "szturchnięcie nas" dla naszego dobra, zwrócenia naszej uwagi na jakiś istotny szczegół, wymagający korekty z naszej strony. Łódź, w której się znajdujemy, będzie mimo wszystko płynąć dalej i w końcu wszelkie przeszkody znikną, a my wypłyniemy na szerokie spokojne wody. Tak to działa. Nie na darmo tyle mówi się o tak zwanym wu-wei czyli nie-działaniu Nie chodzi tu jednak o zupełne poddanie się, uległość i obojętność. Chodzi o uważną obserwację siebie, obserwację życia i poprzez kontakt ze swym wnętrzem intuicyjne odczytywanie Woli Boga. Bóg przemawia w nas, komunikuje się poprzez symboliczne znaki i sytuacje, które stawia na naszej ścieżce. W ten sposób prowadzi nas do najwyższego Dobra. W nas jednak jest jeszcze dużo lęku, braku zaufania, oporu, który jest skutkiem dawnych traumatycznych sytuacji. Nie zdajemy sobie sprawy z faktu, że cierpienie, którego doświadczyliśmy w przeszłości spowodowane było naszą ignorancją, łamaniem przez nas boskich praw, naszym egocentryzmem. Ziarna, które zasialiśmy, wydały plon, który musieliśmy zebrać. Gdy jednak zawierzymy Bogu, gdy  będziemy w kontakcie z własnym sercem, siać będziemy nasiona zaufania, wdzięczności, miłości i światła. A to, co zasiejemy, będziemy i żąć. W ten sposób nasza ścieżka się wyprostuje, wzburzone wody ucichną, a my wypłyniemy na szerokie wody zupełnie innego świata.

Tekst ukazał się w czasopiśmie LOGON.
Link do niego:
https://www.logon.media/pl/node/851

Ręce Duszy

 Ręce Duszy Emilia Wróblewska - Ćwiek (Artykuł ukazał się w czasopiśmie Logon) Dusza człowieka otrzymała dwie ręce: lewą miała wyciągać w gó...