wtorek, 9 stycznia 2018

CZY CZŁOWIEK POTRAFI KOCHAĆ?


CZY CZŁOWIEK POTRAFI KOCHAĆ?

Nauczyciel duchowy Shunyamurti, opisując organizowane przez siebie w lutym 2012 roku, warsztaty odosobnienia, stwierdził:

"Wielu ludzi ma alergię na słowo "miłość". Nie bez powodu tak jest. Dlatego nasze odosobnienie opatrujemy nazwą "Boska Miłość", nie ludzka miłość i musimy mieć pełną świadomość tej różnicy, ponieważ ludzkie ego nie potrafi kochać.

Ludzkie ego bardzo często używa słowa "miłość", żeby manipulować innymi, kontrolować ich, posiadać, uwodzić i wykorzystywać. Prawdopodobnie każdy z nas, do pewnego stopnia, doświadcza bycia wykorzystywanym, które dokonuje się w imię rzekomej miłości.

Staje się więc zrozumiałe, skąd bierze się uwarunkowana postawa braku zaufania do tego, co najlepsze, do słowa "miłość" i  chęć ucieczki najdalej jak się da, by ponownie nie paść ofiarą nadużyć".

Z kolei w jednym z wierszy, Rumi pisze: "wewnątrz ciebie istnieje miłość większa, niż kiedykolwiek zdołasz pojąć".

Jak to więc jest z tą miłością?

W epoce, w której żyjemy, w kręgach ezoterycznych, ciągle kłuje nas w oczy zwrot "miłość bezwarunkowa". Krążą cytaty, artykuły, sentencje, sugerujące, że człowiek powinien działać w imię bezwarunkowej miłości, powinien ją z siebie cały czas wykrzesywać, ponieważ jest do niej zdolny. Tak jakby miłość
bezwarunkowa i okazywanie jej w życiu codziennym, było kwestią li i jedynie naszej dobrej woli. Jak naiwne jest to mniemanie wie każdy, kto próbował  wdrażać w życie taką miłość, odnajdować ją w sobie i w każdej chwili dnia i nocy nią promieniować, zastrzegając jednocześnie, że ta osoba jest ze sobą szczera.

W Nauce Powszechnej podstawowym aksjomatem jest świadomość faktu, że jesteśmy istotami podwójnymi. Dopóki nie zajdzie w nas gruntowna przemiana, przejawiamy się jako "ego", funkcjonujemy jako pewien pakiet świadomej, czującej informacji z wkodowanymi programami walki o byt, ochrony siebie, "samorealizacji", samozachowania. Charakteryzuje nas postawa do siebie, dla siebie, sobie. Jesteśmy w swoim mniemaniu Słońcem, wokół którego jak małe planetki i księżyce krążą inni ludzie. My jesteśmy główną gwiazdą.

Proces życia polega na wzroście i rozwoju. Czynnikiem decydującym o tym, czy ten rozwój będzie postępował, jest umiejętność wchodzenia w doświadczenia:
działania i obserwacji informacji zwrotnych, które do nas przychodzą i na tej podstawie wyciąganie wniosków. Gdy mamy kontakt z rzeczywistością i pozostajemy otwarci na przyjęcie każdej prawdy dotyczącej naszego postępowania, będziemy zauważać, co zgodne jest z duchem miłości, a co nie. Postawa ego "jestem pępkiem wszechświata", szybko przyniesie zwrotne informacje, które (jeśli je odczytamy) nauczą nas, że takimi pępkami są wszyscy wokół. Trochę analogicznie do tego, co powiedział Hermes Trismegistos "Bóg jest kulą, której środek jest wszędzie a obwód nigdzie". Ego dowiaduje się, że każdy czuje się jako ten środek, jako bóg-centrum; z tym, że my w odróżnieniu od Boga, dokładnie czujemy, gdzie jest "nasz obwód". Uważamy bowiem, że wyznaczają go granice naszych ciał. Utożsamiamy  siebie z ciałem, ewentualnie z ciałami subtelnymi, które są naszym pojazdem, nośnikiem "naszej" świadomości. Tu jestem "ja" odgrodzony, ograniczony, odcięty murem ciała fizycznego i otaczającego go płaszcza ciał subtelnych, a dalej jest reszta świata.

Tak nakazuje nam myśleć logika i zgodnie z tą logiką funkcjonujemy. Taki sposób rozumowania, jest rozumowaniem egocentrycznym. I jak nauczają wszyscy prawdziwi mędrcy, duchowi mistrzowie i nauczyciele, którzy kiedykolwiek się pojawili na tym świecie, to właśnie rozumowanie jest przyczyną wszechobecnego cierpienia.  Dopóki mamy świadomość siebie jako odrębnej jednostki, będziemy ustawiać cały świat, czyli ludzi krążących, w naszym mniemaniu, wokół nas, pod kątem swojego widzimisię,
swojej wygody, swojego dobra. Będziemy ich używać, przestawiać jak meble, manipulować, żeby osiągnąć swoje korzyści. I żeby mieć lepsze samopoczucie i ukryć przed sobą i innymi nagą, gorzką prawdę, będziemy ściemniać, że wszystko, co robimy, robimy z miłości i nadawać temu wzniosłą otoczkę. Możemy w to nawet święcie wierzyć. Taka postawa generuje cierpienie u innych i u nas samych, gdy wracają do nas skutki naszego postępowania.

To cierpienie sprawia, że staramy sie postępować inaczej. Widzimy, że nie tędy droga, że coś jest niewłaściwego w naszym postępowaniu. Wiemy, że "love is the answer", miłość jest odpowiedzią, więc próbujemy tę miłość przejawiać, czynić dobro. Ten etap na ścieżce przypomina aspekt biblijnych Elżbiety i Zachariasza, którzy zdali sobie sprawę ze zła płynącego z postawy egotycznej i próbują czynić dobro w tym świecie, skupiać się na dobru. Jednak ich starania nie przynoszą upragnionych owoców Elżbieta i Zachariasz są bezpłodni. Ich wysiłek, by czynić dobro, nie przynosi spodziewanych rezultatów. Możemy sobie dopowiedzieć, że dlatego nie przynosi, iż po pierwsze to, co robią w dobrej wierze, myśląc że postępują słusznie, odnosi często odwrotny skutek, ponieważ oni pozostają jeszcze w ignorancji. Są cali jeszcze mocno przesiąknięci egocentryczną świadomością, uwarunkowaniami, niewiedzą, złem, lękiem, które powodują, że chcą dobrze a robią źle. Jest takie powiedzenie nawet
współcześnie: "chciałem dobrze, a wyszło jak zawsze". W Biblii tę konstatację możemy odnaleźć w słowach św. Pawła:
"Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę,  ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka."

Pod koniec swojego życia biblijni Elżbieta i Zachariasz dochodzą do powyższej konkluzji. Zdają sobie sprawę z faktu, że cielesne uwarunkowania, zapisy w krwi, karma w plexus sacralis , ich psychiczny związek z ciałem, przywiązanie do niego, utożsamianie się sprawiają, że mimo dobrych chęci, czynią na Ziemi piekło. I w momencie, gdy jest już w nich ta wiedza, ta świadomość, stają się w nią "brzemienni" i przechodzą do nowego etapu.

Rodzi się Jan- nowy wewnętrzny aspekt. Jan "ma na biodrach skórzany pas, odzienie z wielbłądziej wełny, żywi się szarańczą i dzikim miodem". Ta metafora oznacza, że Jan świadomy jest już faktu, że w jego sercu mieszka boski pierwiastek,  zalążek nowej duszy. Wie, że dopóki nie oczyści w swoim wnętrzu  ziemskich przywiązań, dążeń, cielesnych pragnień, uwarunkowań i nie podporządkuje ich temu pierwiastkowi, nie zadzieje się żadna zmiana.

Pas na lędźwiach oznacza świadomość obecnej w śledzionie istoty pożądań, generującej pragnienia, przywiązania do "stu tysięcy rzeczy", lgnięcie do materii, przyjemności, zaszczytów, itd. Wielbłądzia wełna wskazuje na fakt, że Jan nakierowując się ten boski pierwiastek, przyciąga do siebie nowe etery. Wielbłąd jest symbolem transmutacji,zamiany tłuszczu z garba w wodę, która umożliwia życie na pustyni.

Jan zrodzony ze świadomości jałowości egotycznych dążeń, ukierunkowuje się na "ten Inny" pierwiastek w sobie i przyciąga do siebie żywą wodę boskiego świata, która powoli przemienia go i pozwala jego systemowi odżywiać się innymi eterami.  Nasza istota pożądań bowiem, dopóki nie zajdą w nas przemiany, odżywia się i przetacza przez krew nieświęte etery tego świata. Transmutacja, która dokonuje się w  Janie, pozwala mu coraz bardziej żywić się z innych sił, energii i pożądań, niż ziemskie. Jako że głównym jego pragnieniem jest tęsknota za Bogiem, następuje przyciągnięcie boskich sił do siebie.
Jan żywi się szarańczą i dzikim miodem- siły, które przywołuje są jak szarańcza niszcząca wszystkie plony które wydała "zła ziemia" jego pożądań a miód dzikich pszczół wskazuje na to, że słodycz boskiej miłości, prana boskiego Słońca, zaczyna w nim pracować.

Działanie Jana w nas polega na oczyszczaniu ścieżki. Polega na wejściu w siebie, w swoje wnętrze i oddzielaniu dobrego ziarna od plew. Jakie aspekty we mnie pochodzą od ego, jakie od boskiego pierwiastka. I dzięki tej pracy polegającej na samoobserwacji, samopoznaniu i podążaniu za tym, co rozpoznajemy jako boskie, święte i czyste, zaczynamy przeczuwać intuicyjnie, że "wewnątrz nas istnieje miłość większa, niż kiedykolwiek zdołamy pojąć".

To, co najpierw tylko przeczuwane, staje się wkrótce naszą rzeczywistością. Wewnątrz nas wzrasta nowy aspekt, jakim jest Jezus, nowa dusza. Ta nowa dusza staje się łącznikiem pomiędzy ziemskim człowiekiem a Chrystusem, który jest miłością przekraczającą ludzkie pojęcie.

Jan chrzci Jezusa w Jordanie- trzydzieści lat po wizycie 3 króli niosących z sobą odnawiające dary dla trzech świątyń w człowieku (głowy, serca i rąk). Nowa dusza może wzrastać w Chrystusie, dzięki odnowieniu trzech przybytków w ciele mocą nowej mądrości, nowej miłości, nowej woli.

Jezus w nas, nowa dusza rośnie, ma coraz większy wpływ na nas. Stajemy się jej uczniami. Nasze ego maleje, cichnie. To nie "ja" jestem teraz Słońcem, wokół którego jak księżyce i planetki krążą inni ludzie. Ja- osobowość, staję się księżycem krążącym wokół wewnętrznego Słońca, jakim jest boski pierwiastek we mnie, róża serca, nowa dusza. Zanurzam się w ciszy, żeby promieniować mogło przeze mnie to boskie światło, ta boska miłość.

To jest proces, potężny, imponujący, niepojęty...
Kroczymy ścieżką. Napotykamy na niej pozorne przeszkody. Pojawiają się trudności zewnętrzne, nieprzyjaźni ludzie, torpedujący nasze pomysły, starania, cechy charakteru. Ego w nas się złości, lęka, buntuje. Chce walczyć, wymierzać sprawiedliwość, chce żeby było po jego myśli.

I przychodzi wskazówka: "nie sprzeciwiajcie się złu". Słońce świeci jednakowo na wszystkich: na "dobrych i złych". Mamy w sercu wewnętrzne Słońce. Jego promienie potrafią dotknąć subtelnie  drugiego człowieka, wniknąć w jego serce, głowę i zrozumieć uwarunkowania karmiczne, w ktore został wrzucony i z którymi się zmaga, jak św. Jerzy ze smokiem.

Przeszkody są pomocą, abyśmy faktycznie stali się jak Jezus Chrystus, abyśmy wzrastali w Miłości. Miłości trzeba się uczyć. Gdyby wszystko wokół było  doskonałe, nasza istota nie poznałaby swoich mankamentów i braków i nie przyciągnęlibyśmy Światła, które je usuwa.

Kwintesencją miłości Chrystusowej, miłości chrześcijańskiej są słowa wypowiedziane przez Jezusa na krzyżu: "Boże, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". Słowa te padły pod adresem ludzi, którzy zadali niewyobrażalne wręcz cierpienie, ośmieszyli, opluli, znieważyli, poniżyli.

Te słowa lśnią nieprzemijalnym blaskiem. Są wypowiedziane przez człowieka, który poprzez poznanie samego siebie, poznał cały świat, wszystkich ludzi i bogów.
"Boże, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". W naszym polskim języku, gdy odwrócimy słowo "im", powstanie "mi". Gdy poznajemy siebie, gdy poznajemy swoje egotyczne uwarunkowania, cały bagaż swoich programów, nawyków, naleciałości, przeświadczeń, widzimy ogrom ciemności, głupoty, niewiedzy, ignorancji odgradzających nas od Prawdy Miłości. I wówczas przytłoczeni tym wyrażamy intencję: "Boże we mnie, boskie Światło, boska miłości, spraw, abym wybaczył sobie wszystkie czyny, których dokonałem w swojej głupocie."  "Boże, Wybacz", oznacza pozwól zapomnieć i uzupełnij ten brak wiedzy Prawdą, zrozumieniem, Światłem Miłości.

I gdy taki proces dokonuje się wewnątrz nas, wówczas jesteśmy w stanie przenieść go na relacje z innymi ludźmi "Boże we mnie, natchniona Duchem duszo, proszę pomóż mi przebaczyć drugiemu człowiekowi, zrozumieć go, nie krzywdzić zemstą, złą myślą, odwetem, bo on nie wie, co czyni", nie do końca jest świadom,  bo jeszcze jest w uścisku cielesnych uwarunkowań.

I wówczas ta prośba, ta głęboka modlitwa nie nosi w sobie znamion wyższości, litości "przebacz mu Boże, bo jest głupszy ode mnie". "Boże przebacz IM, bo nie wiedzą, co czynią" wznosi się na skale samopoznania "Boże, przebacz MI, bo nie wiem, co czynię". Prośba o to, by w naszym sercu nie było urazy, ponieważ jesteśmy jednym wszyscy, jesteśmy tym "środkiem Boga, który jest wszędzie". Nigdzie, poza naszym umysłem, nie istnieje zewnętrzny obwód koła, czy kuli. Tylko nasz umysł tworzy sztuczne bariery, podziały w postaci m.in. uraz, żalu, pretensji. W postaci myśli kreujących odrębność.

Jesteśmy wszyscy w tym świecie uczniami w wielkiej szkole życia. Uczniami Miłości. Miłość to Logos naszego wszechświata. Logos jest proporcją, idealną
miarą tego, co nazywamy energią żeńską i męską. Idealną miarą łagodności i stanowczości. Miłość jest nie tylko głaskaniem po głowie. Czasami mamy skłonność do sentymentalizowania miłości. Miłość nie oznacza, że nasze zachowanie ma być uległe względem wszystkiego. "Nie sprzeciwiajcie się złu" nie tyle bowiem odnosi się do zewnętrznego zachowania, ile do wewnętrznej postawy. Mam akceptować to, co przychodzi do mnie pod postacią zła.
Akceptować i przyglądać się uważnie. Obserwować i badać, jaki prezent się w tym kryje, jaka lekcja przyszła, co mam zrozumieć, jaki swój brak uzupełnić Światłem.

Na tej ścieżce odkryjemy, że czasem potrzeba jest zachować się na zewnątrz stanowczo, żeby nakierować kogoś na właściwą  ścieżkę. Jednak musi ta stanowczość wyrastać z wielkiego wewnętrznego poczucia jedności i świadomości, że "ja jestem innym ty". Musi być ta świadomość podszyta
łagodnością, współodczuwaniem, czynieniem  tego, co jest wyzwalające dla tej osoby. Wówczas będzie miłością a nie jej podróbką.

Do takiej Miłości jesteśmy zdolni, gdy rozpuścimy nasze ego mocą procesu, w który możemy wejść, jeśli tylko tęsknimy za nim najbardziej na świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie krocz ścieżką - bądź ścieżką

NIE KROCZ ŚCIEŻKĄ- BĄDŹ ŚCIEŻKĄ Grecki mit o Gorgonie można uznać za metaforyczne zobrazowanie upadku ludzkiej świadomości. Gorgona był...