wtorek, 29 października 2013

Bajeczka nie tylko dla dzieci o pewnym magicznym smoku













Bajeczka nie tylko dla dzieci o pewnym magicznym


smoku






Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami było sobie


pewne normalne przeciętne Królestwo, jakich wiele na tym


świecie. Mieszkali w nim: niezbyt mądry i całkiem


niedobry król oraz przeciętni, zwykli mieszkańcy- trochę


dobrzy, trochę źli, trochę kłótliwi, trochę zgodni, czasami


radośni a czasami smutni. Pewnego dnia do tego zwykłego,


najzwyklejszego pod Słońcem Królestwa zawitał zupełnie


niezwykły gość. Był nim...no, może domyślacie się kto? Tak,


jak niektórzy z Was zgadli-tym gościem był smok.


Przybył on z niezwykłej Krainy, w której wszyscy są


szczęśliwi, czują się zawsze pięknie i wspaniale Z Krainy w


której nikt nikogo nie krzywdzi, nikt nikogo nie zjada,


wszyscy żyją w zgodzie, bo słyszą nawzajem bicie swoich


serc, które są połączone ze sobą piękną, różową nicią. Gdy


tylko jedna osoba się poruszy, druga zaraz czuje takie


łaskoczące wibracje w swoim serduszku i słyszy rytmiczny


dźwięk dzwoneczka. Dlatego też wszyscy mieszkańcy tej


Krainy ciągle się śmieją i chichoczą, bo ciągle czują delikatne


łaskotanie, które wprawia ich w dobry nastrój.


Smok, który był takim ciekawskim wiercipięta, uwielbiającym


przygody, wyruszył pewnego dnia w podróż. Chciał poznać


jak to jest znaleźć się w zupełnie nie swojej Krainie. No i


stało się coś dla niego strasznego, ponieważ podróżując,


zagubił drogę do domu.. Zapuszczając się coraz dalej i


dalej, zaaferowany nowością doświadczenia, nie poczuł, że


w miarę jak oddala się od domu, łaskotanie w jego sercu


staje się coraz słabsze i słabsze, aż w końcu całkowicie


ustało.


Wtedy smok wpadł w rozpacz. Poczuł coś, czego nigdy


wcześniej nie doświadczył. Zanikła gdzieś jego radość,


umilkł śpiew w sercu i smok poczuł się straszliwie samotny i


opuszczony. W takim stanie ducha dotarł do naszego


przeciętnego Królestwa. Ponieważ był już baaardzo


zmęczony wędrówką, postanowił znaleźć gdzieś miejsce do


spoczynku. Przypadkiem natrafił na opuszczoną jaskinię, w


której umościł sobie wygodne posłanie i zapadł w drzemkę.


Co mu się śniło, nie wiem, ale chyba nie były to przyjemne


sny, bo gdy się obudził, i jeszcze nawet nie otworzył oczu-


już miał bardzo poirytowaną minę. Gdy w końcu rozwarł


swoje ślepka, poraziło go mocne słoneczne światło, które


przenikało przez ścianę jaskini.


„Nie cierpię tego Światła!”-


warknął pod swoim wielkim smoczym, zielonym nosem.


Wylazł jednak z jaskini i rozpoczął wędrówkę po Królestwie,


w którym się znalazł. W Królestwie tym nic mu się nie


podobało, bo wszystko znacznie różniło się od Krainy, którą


znał.


Po pierwsze Królestwo to nie miało różowego łańcuszka


serc. Tu każdy sobie rzepkę skrobał, ludzie byli raczej


zamknięci w sobie, a od czasu do czasu kłócili się, walczyli


ze sobą, a nawet wystawiali do siebie nawzajem języki.


Smok obserwował wszystko i co chwilę ze smoczej paszczy


wyskakiwały, jak na sprężynie słowa: „nie cierrrpię”. „Nie


cierrrpię tych istot”, „nie cierrpię ich języków”, „nie cierrpię


ich kłótni”, „nie cierrpię ich zmęczenia”, „nie cierrrpie ich


oddzielenia”, itd., itd.


Cokolwiek smok widział, mówił: „nie


cierrpię!”. Wszystkiego namiętnie nie cierrpiał i dlatego


mieszkańcy nazwali go „Niecierrpek”. Niecierrpek zwiedzał


królestwo, obserwował zwyczaje mieszkańców i zwyczajem


sobie właściwym rzucał na wszystko, co widział swoją


klątwę: „nie cierrpię”. W miarę jak tak chodził i nie cierpiał


atmosfera wokół niego stawała się coraz bardziej gęsta, tak


gęsta, że ledwie mógł poruszać nogami. Czuł, jakby się


znalazł w jakiejś ciężkiej, lepkiej smole.


Natomiast tam, gdzie się pojawiał ze swoim: „nie cierrpię”,


tam wszystko stawało się szare, traciło kolory, stawało się


smutne lub pogniewane, poirytowane lub zrozpaczone, w


zależności od nastroju, z jakim smok wypowiadał swoje


ulubione zdanie. Coś dziwnego działo się również z ludźmi, z


którymi wchodził w kontakt. Otóż ze zwykłych, przeciętnych


obywateli zmieniali się w kłótliwe monstra.


W końcu Królestwo stało się miejscem strasznym, w którym


niemal nie można było oddychać. Wszystko pokryte było


gęstą, lepką szarością- wyglądało tak, jak by było zasnute


grubą warstwą ciężkiego kurzu. Król na początku cieszył się,


że tak źle zaczęło się wieść mieszkańcom Królestwa. W


momencie jednak, gdy sam nie mógł oddychać, postanowił


coś na to zaradzić i wyznaczył nagrodę dla tego, kto


uzdrowi Królestwo i doprowadzi je do poprzedniego stanu.


-”Nie cierrpię głupich nagród”- powiedział smok na wieść o


nagrodzie. Gdy tylko wyrzekł te słowa, przestrzeń wokół


jego nóg stała się jeszcze bardziej gęsta- do tego stopnia,


że omal się nie przewrócił. To go zastanowiło. Postanowił


zrobić eksperyment: „nie cierrpię nie cierrpieć”- rzekł i


obserwował co się stanie.


I stało się! Zrobiło się tak gęsto,


że biedak nie mógł ruszyć nogi z miejsca. -Hmmm! - Smok


poskrobał się w głowę. Nie mogę ruszyć się z miejsca. Nie


cierrpię tego!” Na te słowa jego nogi wryły się w ziemię jak


zaklęte. - Laboga! Rety! Co tu robić?! Co tu robić?! Myślał


Niecierrpek w panice. „Co tu robić?!”- zaczął wrzeszczeć


wniebogłosy. Jeśli mnie słyszycie, wy tam, z mojej


ukochanej Krainy – pomóżcie!”. Gdy tylko wypowiedział


słowo „ukochanej”, poczuł znajome słabiutkie wprawdzie,


ale zawsze- łaskotanie w sercu.


I wtedy go olśniło!-” A gdyby tak...gdyby tak zacząć lubić to


miejsce? Hmmm! Spróbujmy. „Lubię tak tkwić w miejscu,


nie mogąc się ruszyć”- powiedział smok na próbę. Powietrze


wokół jego nóg stało się jakby rzadsze, minimalnie bardziej


przejrzyste.



„Lubię nagrody”- zakrzyknął więc dalej- i znowu, jak


poprzednim razem wokół jego nóg zrobiło się jakoś tak


jaśniej i bardziej komfortowo.


-Lubię to głupie Słońce, które razi mnie w oczy”- gdy to


powiedział,zadowolony z siebie oczekując

na rezultat, nie stało się nic. „Hmmn! No, dobra, spróbujmy


tak: lubię to Słońce, które tak mocno świeci!” i znowu


powietrze wokół niego przerzedziło się-do tego stopnia, że


udało mu się wykonać krok naprzód. I w ten właśnie


sposób smok zaczął zdejmować klątwę, którą rzucił na


królestwo. Wpadł w taką euforię, że krzyczał w zachwycie: „


kocham to miejsce”, „kocham tutejszych mieszkańców”, „


kocham Słońce”, „kocham nagrody”, „kocham króla ”!.


Pod wpływem jego słów, jak za dotknięciem magicznej


różdżki wszystko zaczynało się zmieniać. I co najdziwniejsze-


w jego sercu pojawiło się znowu znajome łaskotanie.


Najpierw poczuł delikatne wibracje, potem usłyszał dźwięk


dzwoneczka a na końcu w jego serduszku pojawiła się


cieniutka, różowa niteczka.


Zaczął się jej przypatrywać i wsłuchiwać w rytm swojego


serca. Przypomniał sobie swoją ukochaną Krainę,


Przypomniał sobie uczucie jedności i wszechogarniającej


miłości, które tam panowało. W jego sercu wezbrała fala


czułości. Postanowił podzielić się nią z mieszkańcami


Królestwa.


Skoncentrował swoją uwagę na nitce, siłą woli


wydłużył ją i dotknął nią serca pierwszego napotkanego


człowieka. Ten, odczuł ujmujące łaskotanie w sercu i co


dziwne- na jego głowie pojawiła się korona, jak u króla.


Królowi na początku to się trochę nie podobało, ale gdy


tylko różowa nić miłości dotknęła jego serca, stał się


błogością.


Zaczął tak, jak smok, śpiewać w zachwycie pieśń miłości.


Pieśń ta stała się zaraźliwa, tak jak zaraźliwy bywa śmiech.


Ktokolwiek ją usłyszał, zaczynał ją nucić. Ktokolwiek zaczął


ją nucić, na jego głowie pojawiała się korona a w sercu


piękna różowa niteczka, łącząca go z pozostałymi


mieszkańcami. Mieszkańcy zaczęli śpiewać smokowi: „


Dziękujemy, smoku Ci, że odczarowałeś nasze sny!” Gdy


tak śpiewali, łańcuch i serc powiększał się, stając się coraz


większy i mocniejszy. Zaczął wykraczać poza ich serca,


łącząc się ze zwierzętami i z roślinami.


”Odnalazłem drogę do domu. Odnalazłem drogę do domu”


śpiewał radośnie smok!





Wracam! Hurra! Wracam! Łańcuch serc powiększył się na te


słowa i połączył mieszkańców Królestwa z istotami, które


zamieszkiwały Krainę, z której smok pochodził. Zapanowała


jedność. Zapanowała wolność. Zapanowało czucie. Nastała


radość i magia. I wszyscy żyli wiecznie i szczęśliwie.
Koniec


sobota, 20 kwietnia 2013

DARK ROOM- AKTYWACJA SZYSZYNKI POPRZEZ DNI CIEMNOŚCI /RELACJA WŁASNA/








DARK ROOM- AKTYWACJA SZYSZYNKI POPRZEZ DNI CIEMNOŚCI /RELACJA WŁASNA/


Tomek Ćwiek
Od jakiegoś czasu razem z Emilką, moją ukochaną żoną planowaliśmy zrobić aktywację szyszynki za pomocą tak zwanego DARK ROOMU. Polega to na wejściu do pokoju, jaskini czy piwnicy całkowicie odciętych od świata, od jakichkolwiek dźwięków a przede wszystkim jakiegokolwiek źródła światła. Ta praktyka występuje w Tybecie, jest jedną z praktyk w Tao, w buddyzmie i jest znana w wielu kulturach plemiennych. Po kilku dniach spędzonych w totalnych ciemnościach obrazy z wnętrza głowy wychodzą na zewnątrz i są tak samo realne jak "normalna" rzeczywistość. Szukaliśmy  na ten temat informacji w internecie i niestety w języku polskim nic nie znaleźliśmy poza kilkoma ogólnikami. W języku angielskim też informacji nie było za wiele. Postanowiliśmy improwizować. Wiedzieliśmy, ze pełna aktywacja szyszynki zajmuje 12 dni lecz z różnych względów tak długie wyizolowanie było dla nas niemożliwe. W końcu ustaliliśmy, że zrobimy połowę cyklu czyli 6 dni, zorganizowaliśmy opiekę nad dziećmi  i czekaliśmy niecierpliwie na ten dzień ;) Miało się to zacząć 16.04.2013 a skończyć 22.04. Zostawiliśmy sobie jeszcze jeden wolny dzień na adaptacje a wiec dzieci mieliśmy odebrać 23.04. Postanowiliśmy, że nie będziemy szukać żadnej jaskini ani piwnicy lecz zrobimy to w naszym domu w kamienicy. Cały 15 i 16.04 to przygotowania techniczne, gromadzenie pożywienia, zaciemnianie pokojów, sprzątanie itd. Dla tego celu przygotowaliśmy dwa połączone ze sobą pokoje, korytarz, kuchnię i łazienkę. Duży pokój pozostał niezaciemniony lecz nie mieliśmy zamiaru z niego korzystać. Okna zasłoniliśmy czarnymi workami na śmieci. Okazało się, że trzeba przyklejać kilka warstw żeby nie docierało światło. Po żmudnej pracy,  w pokojach było tak ciemno , ze nie widziałem nawet własnej wystawionej przed sam nos ręki. Pożywienie przygotowaliśmy proste, głównie banany, orzechy, pomarańcze, mandarynki, pomidory oraz kilka litrów soków i wody niegazowanej. Mieliśmy też zatyczki do uszu oraz opaski na oczy na wszelki wypadek, co potem okazało się zbawienne.

16.04.2013

Do DARK ROOMU weszliśmy 16.04 o godzinie 22.44. Od razu pojawiły się lekkie lęki i obawa przed tym co nas czeka. Wiadomo z opowieści, że po uaktywnieniu szyszynki przychodzą obrazy takie jak po zażyciu ayahuaski czy marihuany, które często na początku przybierają przerażają ca postać naszych najgorszych lęków. Postanowiliśmy rozmawiać ze sobą jak najmniej i zaraz zasnęliśmy. Noc była pełna różnych snów .Było ich bardzo dużo i co najważniejsze chyba po raz pierwszy w życiu wszystkie dokładnie pamiętałem Były to sny oczyszczające wskazujące co powinienem oczyścić w swym życiu (szczególnie jedną relację) .Mój największy i chyba jedyny  lęk to węże, gdyż w jednym z poprzednich wcieleń zginąłem w jaskini pełnej węży. Ten lęk mam tak mocno wryty, że nawet jak widzę węża na filmie to odwracam wzrok. Już pierwszy sen był z wężem, ale o dziwo nie był to sen straszny. Wąż był długi, cienki i uśmiechnięty :) Oplatał się dookoła znajomej mi osoby i ja się temu przyglądałem i nie bałem. Nie było lęku w tym śnie.


17.04

Rano okazało się , ze jednak są lekkie prześwity ( nie wiem jakim cudem bo sprawdzaliśmy wcześniej) i widać co nieco w pokoju. Nie było możliwości poprawek więc założyliśmy opaski na oczy, które na szczęście zdały egzamin i żadne światło do naszych źrenic nie dochodziło. Niestety okazało się, że bez rozmów jest ciężko i troszeczkę porozmawialiśmy na różne duchowe głównie tematy. Potem pierwsza kąpiel po ciemku, przejście po ciemnym pokoju, potem korytarzu i wejście do łazienki. Wszystko po omacku, ale daliśmy radę. Okazało się to dużo łatwiejsze niż się wydawało. Następnie wyciągniecie z lodówki poporcjowanego jedzenia. Później cisza .Próbowaliśmy medytować z zatyczkami w uszach chociaż i tak z racji tego, że mieszkamy w dość cichym miejscu w zasadzie żadne hałasy nie dochodziły. I czekanie na budzik. Nastawiliśmy budzik aby codziennie dzwonił o 10.44 i 22.44. Wreszcie JEST SYGNAŁ A WIEC WIEMY ZE PIERWSZE PÓŁ DOBY ZA NAMI, TE NAJŁATWIEJSZE :).Pojawia się pierwszy problem. Otóż na dworze musi być naprawdę ciepło, bo w pokoju zaczyna nam brakować powietrza. Szyby są szczelnie obklejone i po prostu za dużo dwutlenku węgla gromadzi się w pokoju. Otwieramy drzwi na korytarz, a także drzwi do kuchni i łazienki. Jest lepiej ale dalej zbyt duszno. Wpada mi do głowy, że trzeba znaleźć nasz mały wentylator. Emilka zastanawia się gdzie  on może być i wymienia 4 potencjalne miejsca. Od razu przychodzi mi na myśl ze jest w miejscu nr.3 i  okazuje się ze rzeczywiście tam był. Po włączeniu go od razu lepiej się oddycha. Cała ta pierwsza doba upłynęła nam pod znakiem snu, krótkich pobudek i znowu snu. Sny były znów oczyszczające i wskazujące mi gdzie mam skierować swą uwagę. Było trochę rozmów i zadowolenie, że nie ma żadnych okropnych wizji , żadnych dużych lęków. Noc tez minęła spokojnie z tym, zauważyłem  jednak, że już nie pamiętam wszystkich snów co mnie lekko  zdziwiło.

18.04

Rano jak tylko zobaczyłem prześwit w workach na śmieci :) założyłem opaskę na oczy. Musiało być około 6.00,. Emilka też się obudziła , chwilkę porozmawialiśmy. Następnie Emilka poszła na korytarz ćwiczyć jogę kundalini, której to praktyki nie zaprzestała nawet w dark roomie :) a ja po porannej toalecie przystąpiłem do medytacji i czekania jak zwykle na budzik oznaczający 10.44. Tak a propo  dźwięk budzika a właściwie czekanie na niego, stanowił w tym pozbawionym bodźców świecie nie lada atrakcję :) . Medytacja nie udawała mi się za bardzo, bo ciągle przychodziły różne myśli do głowy i świadomość, że muszę tu spędzić jeszcze kilka dni. Umysł mówił - zrezygnuj, daj sobie spokój, po co ci to. Zaczynam oddychać równo i miarowo i znów myśli. Daj sobie spokój, ciekawe co tam się dzieje na zewnątrz, o kurcze, a przegląd sportowy? Nie przeczytasz go?! Przecież zawsze czytasz! Wstań i kup! Oddech miarowy i równy, wdech i wydech przywołuję wyższe ja. Ciekawe co robi teraz Aurelka moja córeczka, pewnie skacze na trampolinie;) Nie za wcześnie przecież budzik nie dzwonił, pewnie jest dopiero 8 godzina. W końcu zasypiam i budzi mnie dźwięk budzika. 10.44 :) TO JUŻ WIEM KTÓRA GODZINA. Emilka medytuje obok w łóżku lub śpi, nie wiem. Zabieram się wiec za medytację. Tym razem wychodzi mi doskonale, wchodzę w głęboki stan, który trwa dość długo. Zauważam,  że ciemność i brak dźwięków pozwala mi się bardziej skupić i wyciszyć. W ciągu dnia przychodzą do głowy różne zdarzenia mojego życia, dzieciństwo, życie młodzieńca a później lata dorosłe. Pojawiają się przed oczami sceny, które dawno zapomniałem. Okazuje się skąd u mnie mały ale jednak lęk przed ciemnością. Wiem skąd pochodzi, już wiem. Całe moje życie zaczyna rozgrywać się w urywanych i zmieniających się scenach. Trwa to długo. W końcu wychodzę z tego stanu. Nie wiem która godzina, nie wiem czy na dworze ciepło czy zimno. I znów próbuje wejść w medytację, ale nic z tego. Znów tysiące myśli, więc zaczynam rozmawiać z Emilką .Czekamy na budzik, na 22.44. W międzyczasie Emilka znów ćwiczy jogę,   a ja się meczę. Znów sceny z życia stają przed oczami, tym razem wszystkie moje podróże. Było ich mnóstwo bo podróże to moja pasja wiec czas do dźwięku budzika został zabity. Wreszcie jest. 22.44 :). Można  iść spać. Niestety łatwo powiedzieć . Do tej pory nigdy nie miałem problemów ze snem i zasypiałem w zasadzie na zawołanie. Jednak 5 godzin snu na dobę to moja norma. Więcej mi nie trzeba. Tu spałem dużo więcej i akurat tej nocy sen długo nie przychodził. Po kilku godzinach wspominania podróży chyba przy wycieczce w góry Atlas sen wreszcie przyszedł :)


19.04

Budzę się rano jak zwykle kilka godzin przed budzikiem. Nie pamiętam za wiele snów. Tylko 3 bardzo wymowne i zrozumiałe dla mnie. Emilka jeszcze śpi, ale za chwilę tez się budzi. Przychodzi mi pierwsza myl, ze jutro wychodzę, ze wystarczy,  więc mówię o tym Emilce. Nie chce wychodzić, chce być tu do końca, czuje się tu bardzo dobrze, wypoczywa , ma czas dla siebie. Przyjmuje jej słowa ze zdziwieniem :) ale rozumiem to. Wiem ze dziś wraz z wieczornym budzikiem minie 3 doba i zgodnie z podręcznikiem przejdziemy z fazy melatoninowej czyli fazy jawy sennej w fazę pinolinową, gdzie powinny się zacząć pierwsze podróże astralne. Poniżej opis techniczny aktywacji szyszynki:

dni 1 – 3 faza melatoninowa
faza sennej jawy

dni 3 – 5 faza pinolinowa
Pierwsze wizje ; podróże astralne

dni 6 – 8 faza 5 - Meo – DMT
Otwiera się powoli wewnętrzne widzenie ; wzmaga telepatia i intuicja

dni 9 - 12 faza DMT
Wizje wzmagają się, otwiera się percepcja alternatywnych światów i równoległych rzeczywistości. Niektórzy mówią o widzeniu podczerwieni i ultrafioletu w tym stanie.
Zmniejsza się zapotrzebowanie na sen ; łatwo przychodzi joga snu (czyli medytacja z zachowaniem ciągłej świadomości).  To wtedy obrazy z głowy zaczynają wykraczać poza granice czaszki w dosłownym tego słowa znaczeniu. To miejsce, w którym spełniają się sny - natychmiast...


Na to czekam jednak wiem też, że rozmowy które prowadzimy mogą zaburzyć lub opóźnić tą fazę. Dziś na budzik czekam dłużej niż zwykle,  aż przychodzą myśl, że być może zepsuł się zegarek. W końcu jest, zadzwonił! Poranna toaleta, śniadanie, choć jeść się mi wcale nie chce, ale jem z nudów. Próbuję medytować ,ale nie wychodzi, dziś czas dłuży się niemiłosiernie. Zauważam, że od wejścia do dark roomu mam ból gardła, co wcześniej od kilkunastu lat mi się nie zdarzało. Postanawiam wykorzystać 9 kroków Boskiej Matrycy do zlikwidowania bólu gardła. Myślę, że w takim stanie koncentracji powinno się udać dość szybko. Dla przypomnienia podaje poniżej 9 prostych kroków BM:

Oto 9 kroków komunikacji z Boską Matrycą Światła:


 1.należy znaleźć się w miejscu spokojnym, harmonijnym, czystym i uzyskać spokój umysłu,

2/.nawiązać kontakt ze swoim sercem i aktywować dobre uczucia,

3.najpierw wyrazić podziw i miłość dla Boga/ Natury/Absolutu,

4.potem wyrazić wdzięczność za dar życia, za codzienne cuda, opiekę i możliwości rozwoju,

 5.wyrazić swe życzenie/marzenie/cel jako prośbę krótkimi, rytmicznymi zdaniami,

 6.wyrazić swe życzenie/marzenie/cel jako wizję spełnionego rezultatu,

7.wyrazić to jeszcze raz słowami w trybie dokonanym, jakby już zaistniało,

8.wyrazić żarliwą wiarę w urzeczywistnienie zgodne z najwyższym dobrem,

 9.podziękować wielokrotnie i szczerze, z głębi wdzięcznego serca.
Zastosowanie tych punktów zajęło mi tylko około 10 minut, przewróciłem się na bok i… o dziwo nie mam bólu gardła! Zadziałało błyskawicznie! Ból gardła już nie powrócił.  Widząc jak niesamowicie działa BM  w warunkach dark roomu,  zacząłem stosować 9 kroków na inne rzeczy, które od dawna mnie nurtują. Czy zadziałało  dopiero się okaże, ale poczułem że jest inaczej niż zwykle bo np. uczucie wdzięczności do Źródła było wszechpotężne i wzniosłe. Po przeprowadzeniu medytacji BM znów zaczęła doskwierać nuda i zaczęły się myśli. Wyjdź już, wystarczy i tak wytrzymałeś prawie 3 dni itd. Ciekawe jak wynik meczu Widzew-Piast i Korona- Górnik? O kurczę jak wyjdę trzeba zrobić i wysłać pity, zamówić zioła, pooddzwaniać do ludzi, kupa pracy przede mną. Po pewnym czasie w półśnie przyszła informacja : Jezus medytował w pieczarze odciętej od świata  dźwięków i światła przez 12 dni i dopiero wtedy zaktywował swą szyszynkę, energię kundalini oraz połączył się Źródłem, stając się nieuchwytny dla władców matriksa. Ty nie jesteś  gotowy obecnie na coś takiego. Jeszcze nie teraz.  Zaktywujesz szyszynkę w około  25 procentach i to na początek wystarczy. Budzę się, mówię o tym Emilce i postanawiam już na pewno, że jak nic spektakularnego nie wydarzy się jutro wychodzę. Czas dłużył się niemiłosiernie, jawa zaczęła mieszać się ze snem. Emilka poszła na korytarz ćwiczyć jogę, wiec wstałem coś zjeść z nudów. Posiedziałem trochę w kuchni, w tym czasie Emilka skończyła ćwiczenia i kiedy wróciłem po omacku do pokoju, już spała. Znów czekanie na budzik, który nie chciał dzwonić, setki myśli , próbuje wejść w medytację, ale bez skutku W końcu zadzwonił -22.44. Zaczynała się noc,  dla mnie pełna myśli, męczenia się, bo niestety nie mogłem zasnąć. Emilka spała natomiast w najlepsze, zmęczona wyczerpującymi ćwiczeniami kundalini jogi, a ja znów przeglądałem swoje życie. Wyszło wszystko co jeszcze było ukryte, przyszedł też sen na może 2 godzinki, ale ogólnie byłem totalnie zmęczony choć czułem się oczyszczony z wszystkich blokad. Rano kiedy pojawiły się pierwsze oznaki prześwitującego światła, jak zwykle założyłem opaskę i próbowałem zrobić poranną medytację. Tym razem bez problemu osiągnąłem stan alfa i w tym stanie przyszła informacja, że zrobiłem już co mogłem i mogę opuścić dark room. Postanowiłem poczekać jednak jeszcze trochę. Emilka budzi się , więć powiedziałem jej co zamierzam. Na początku oznajmiła, że zostanie jeszcze przez dzisiejszy dzień, może do jutra i wyjdzie rano jeżeli nic się wielkiego nie zadzieje. Przyszedł sen i zacząłem odsypiać nieprzespaną noc. Po obudzeniu przyszła refleksja co dało mi te niespełna 4 dni ciemności. Otóż czuję się oczyszczony z lęków i blokad, które jeszcze gdzieś tam dawały wcześniej o sobie znać. Mam tez świadomość, że tych blokad było bardzo mało, że dobrze wykonałem pracę duchową we wcześniejszych etapach swojego życia i niewiele już zostało do oczyszczania. Poczułem też co chcę dalej robić, przyszły nowe pomysły, nowe wyzwania, poczułem dużą pewność siebie i przekonanie że osiągnę to co chcę. Jest tez poczucie jeszcze większej jedności i miłości do Emilki, choć wydawało się, że większa już być nie może. W pewnym momencie takiego rozmyślania przychodzi decyzja, że wychodzę za chwile, ale to Emilka pierwsza o tym mówi! :)  Padają jej zaskakujące słowa: wychodzimy ! A wiec następuje ta chwila, otwieramy drzwi do dużego nieużywanego od kilku dni pokoju i uderza w nas wieli blask. Oczy troszkę pieką, pojawia się lekki światłowstręt , ale o dziwo szybko dochodzimy do normalnego widzenia. Okazało się, że wyszliśmy o godzinie 10.33.  Widzenie nie jest jednak takie do końca normalne, bo wszystko wydaje się mieć żywsze kolory, wyraziste kontury i jest bardziej ładne. Pojawiają się dziwne zawirowania w polu widzenia. Po godzinie postanawiamy wyjść na miasto bo jest piękna pogoda. Jesteśmy w euforii, teraz świat, matriks wydaje się taki piękny :) . Po wyjściu na dwór mocno razi słońce ale daję rade. Przychodzi coś w rodzaju mdłości i dziwnych odczuć,  że ten świat chociaż taki piękny, kolorowy i wyraźny jest jedną wielką iluzją.




poniedziałek, 18 marca 2013

Metoda na uwolnienie natrętnych, pełnych emocji myśli :) ♥









Metoda na uwolnienie natrętnych, pełnych emocji myśli :) <3



Czy zdarzyło Ci się po przeżyciu jakiegoś trudnego doświadczenia, konfliktu z kimś, przykrej sytuacji rozpamiętywać to wciąż i wciąż bez końca? Umysł męczył Cię ciągle i cały czas kierował myśli w jedną stronę, przywołując trudne emocje i sprawiając, że przeżywałeś je ciągle na okrągło?

Jeżeli zdarzają Ci się takie sytuacje, pomocna może być ta wizualizacyjna metoda: wyobraź sobie ten problem jako ciężki, ponury latawiec, który przyczepiony do Ciebie cienką ale silną niteczką zaczyna unosić się do góry. Wieją silne, piękne, mistyczne wichry, które zaczynają go owiewać ze wszystkich stron, sprawiając, że staje się taki lekki i wdzięcznie porusza się w rytm podmuchów powietrza. Wiejące wiatry transformują latawiec i sprawiają, że przybiera on pełną lekkości formę.

Zza chmur wygląda Słońce, które opromienia latawiec swoim światłem. Rozświetlony nabiera kolorów i zaczyna świecić własnym ciepłym światłem. Czujesz jak wraz z przemianą latawca zmieniają się Twoje myśli i odczucia dotyczące tej sytuacji lub człowieka, z którym masz problem. To, co negatywne i ciężkie zostało przetransformowane na wzbogacającą Cię mądrość, uwalniającą lekkość i piękno. Nad Tobą unosi się piękny ciepły pełen światła balonik wypełniony dobrą energią Twojego wybaczenia. Gdy tylko umysł nakierowuje myśli na tą sytuację, natychmiast przywołuj obraz latawca. Oddychaj, uśmiechaj się i uwalniaj :)

Wizualizacja „Drzewo”












Wizualizacja „Drzewo” (na osiągnięcie wewnętrznego


spokoju i dotarcie do źródła swej wewnętrznej  mocy.)


Emilia Wroblewska-Ćwiek





Usiądź w ciszy, wyprostuj kręgosłup, nie krzyżuj rąk ani nóg i zamknij oczy.
Oddychaj spokojnie i głęboko w swoim własnym rytmie, wsłuchując się w delikatny szum swojego oddechu, przywodzący na myśl subtelny szelest liści poruszających się na wietrze.
Poczuj, że jesteś wielkim, zdrowym, stabilnym dębem. Skoncentruj przez chwilę swoją uwagę na obszarze brzucha, splotu słonecznego, oddychaj głęboko wczuwając się w poruszającą się przeponę i odczuj spokój, który napływa do Ciebie z każdym wdechem. Jesteś wielkim, stabilnym, pełnym mocy drzewem. Oddychaj tym obrazem, oddychaj tą wizją i tym odczuciem i integruj je z własnym wnętrzem, z własnym postrzeganiem siebie.
Poczuj, jak energia spokoju i mocy spływa w dół kierując się do punktu znajdującego się poniżej pępka i odczuj strumień światła, który promieniuje z tego miejsca na zewnątrz. Światło rozprzestrzenia się na boki i płynie również w dół do Twoich nóg. Poczuj, jak napełnia Twoje nogi siłą, mocą i stabilnością. Napływa do stóp i czujesz, jak wnętrza Twoich stóp wypuszczają korzenie, wielkie, grube, silne korzenie, w głąb Matki Ziemi. Korzenie te pełne są Światła, mocy i energii, która zasila Matkę Ziemię, ofiarowując jej Twoją czułość i wdzięczność. Matka Ziemia otula Twoje korzenie i Ciebie wielką, bezwarunkową miłością, ciesząc się, że Jesteś. Energia jej wsparcia i czułości płynie korzeniami do Twoich stóp, obejmuje nogi, miednicę, by poprzez obszar brzucha dotrzeć wprost do Twojego serca, które rozświetla się jeszcze bardziej i promieniuje pięknym, jasnym światłem. Poczuj, jak energia płynie z Twojego serca do rąk, które zmieniają się w solidne konary. Twoja głowa i szyja zamieniają się w gałęzie, które rosną w górę: spokojnie, łagodnie, radośnie pną się w górę do Światła. Poczuj, jak stajesz się coraz bardziej świetlisty i jak poprzez swoje konary masz dostęp do coraz jaśniejszych i bardziej subtelnych poziomów Światła. Na koniec odczuj, jak docierasz do poziomu wysoko nad Twoją głową, gdzie Światło jest najjaśniejsze. Panuje tam taka cisza, spokój, błogość, odczucie, które można zawrzeć jednym słowem: „Jestem”. Oddychaj spokojnie, wyciszaj się i rozświetlaj najgłębsze zakamarki swojego wnętrza. Wydychaj w nie to światło i spokój płynący od Twej prawdziwej Jaźni. Jestem, Jestem, Jestem, Jestem. Błogość, Cisza, nic więcej nie potrzeba. Jestem. Wewnętrznym okiem dostrzeż, jak cała Twoja imponująca postać promieniuje światłem, które rozprzestrzenia się, zataczając wokół Ciebie szerokie kręgi. Trwaj w tym spokoju, przekazuj go poprzez swoje gałęzie, pień, korzenie naszej planecie, otaczającym Cię ludziom, zwierzętom, całemu wszechświatowi.
Światło i spokój, błogość i miłość rozprzestrzeniają się coraz bardziej bardziej. Oddychaj, poczuj wdzięczność. Jesteś błogosławioną Istotą.
Trwaj w tym stanie tak długo, jak potrzebujesz. Oddychaj i integruj się z najwyższymi poziomami Światła. Sięgaj jeszcze wyżej do poziomów, gdzie nie ma już słów, rozpuszczaj swoje ego, rozpuszczaj słowa i myśli. Oddychaj i trwaj w tym stanie, dostrajaj się do najwyższych częstotliwości i sprowadzaj je na naszą ukochaną planetę.
Wdech, wydech, spokój, cisza, błogość.
Namaste.

poniedziałek, 4 marca 2013

CIEŃ





Cień


Chyba największym wyzwaniem, jakie stoi przed nami tu na Ziemi jest konfrontacja z własnym cieniem; rozpoznanie go, przyznanie się do niego, utulenie.
W cieniu skrywamy wszystko to, co nie jest społecznie akceptowane, co sprawia innym ból, co powoduje, że inni nas odrzucają. Kontaktujemy się z innymi i przybieramy maski: pełnych światła, uduchowionych, mądrych, opanowanych, pełnych miłości i wiedzy, silnych, itd. A w głębi naszej psychiki czai się ukryty ON: czarny, pokrętny, maluczki, pełen lęku i nienawiści-CIEŃ, MROK, straszna Buka ;)
Maski zapewniają nam Miłość, akceptację innych, bez której nie moglibyśmy żyć. Potrzebujemy nawzajem siebie i swojej Miłości, uwagi: niezauważani, niekochani, umieramy.
Wszystko byłoby super, gdybyśmy nie mieli cienia: łączyłyby nas sielankowe relacje z innymi, żylibyśmy w krainie wiecznej szczęśliwości, nie byłoby cierpienia, tarć, konfliktów, poczucia odrzucenia, walki, wojen. Chyba wszyscy o tym marzymy, tęsknimy do takiego pięknego, słodkiego świata.
Ale nie ma tak dobrze! Najpierw musimy sobie poradzić sami ze sobą, z cieniem, który rzucamy. Dopóki go nie rozświetlimy, dopóty kreować będziemy sobie swoje prywatne piekiełko.
Ale jak sobie poradzić z cieniem?
Hmmm...możemy np. udawać przed sobą i innymi, że nie ma w nas już mroku, że wszystko jest przepracowane, elegancko, super; ja już jestem na tak wysokim poziomie, taki dobry, świetlisty i pełen miłości, tylko inni mają problem ;)
Takie zaprzeczanie zapewnia nam dobre samopoczucie; przynajmniej na jakiś czas. Działa dopóty, dopóki upychane do szafy naszej podświadomości graty nie rozsadzą w końcu jej drzwi i wszystko nie gruchnie z hukiem o ziemię.
Cień ujawnia się najczęściej w naszych relacjach z innymi. Oto nagle w moim kanale odbioru pojawia się konflikt, pojawiają się ciężkie emocje, pojawiają się zarzuty, mocne słowa.
Ktoś ma do mnie pretensje, zarzuca mi jakieś straszne rzeczy, okazuje swoją dezaprobatę, ocenia, kieruje w moją stronę ciężkie, zawiesiste, pełne pretensji energie. I teraz albo wchodzę w poczucie winy, albo walczę, albo przyjmuję wszystko neutralnie, próbując nawiązać kontakt z sobą swoimi uczuciami, drugą osobą, przedstawiając jej swój punkt widzenia i wsłuchując się w jej odpowiedź.
Możemy też wcale nie być neutralni. Jeżeli czyjeś zachowanie nas rani, uważamy że jest niesprawiedliwe, rodzi się w środku bunt, złość, niepewność, agresja. I wtedy kluczem jest nawiązanie z tym ciężkim czymś w sobie kontaktu.
Pamiętajmy, że wszystko, co pojawia się w naszym świecie zewnętrznym, mamy w sobie. Przychodzi do mnie człowiek pełen pychy, zadufany w sobie, walczący- ja to widzę, to znaczy, że te aspekty są we mnie. Ja mam w sobie tą pychę, zadufanie w sobie, poczucie wyższości i walkę.
Tak, mam to w sobie. Nie jest to moja prawdziwa natura, a wkodowane na bazie trudnych doświadczeń przeświadczenia i programy myślowe. Mam je w sobie i nienawidzę ich do tego stopnia, że ukrywam je głęboko, żeby inni ich nie zobaczyli. Ale one wychodzą z cienia, jak duchy po zmroku na cmentarzu i buu! Straszą mnie. I myślę wtedy, że nie zasługuję na Miłość i szacunek, skoro one we mnie są. I cierpię. I walczę z innymi, usiłując im wmówić, że to oni, że to w nich ten cień, nie we mnie. A inni mówią, że to we mnie jest, że to ja jestem winna. I tak sobie milutko spędzamy razem czas. ;)
Chyba najwspanialszą sprawą, jaka może nam się przydarzyć jest umiejętność uczciwego spojrzenia na siebie, swój mrok i zaakceptowanie go. Akceptacja siebie całego, nawet wtedy gdy zachowałem się jak świnia.
W każdym zachowaniu tkwią dobre intencje, nawet w tym świńskim. Chociażby chęć ochrony siebie i zapewnienia sobie Miłości.
Wierzę w to, że my, ludzie potrafimy się dogadać, że potrafimy słuchać siebie nawzajem i widzieć w sobie Światło, Miłość i Dobro pomimo błędów, jakie popełniamy i mroku, który mamy w sobie, którego jeszcze sobie nie uświadomiliśmy.
Uświadamiam sobie mój mrok i w dalszym ciągu uważam, że jestem bardzo wartościowym człowiekiem.
Uświadamiam sobie mrok w Tobie i w dalszym ciągu uważam, że jesteś bardzo wartościowym człowiekiem.
Jestem. Jesteś. Jesteśmy. Jedność. Uczestniczymy razem w mroku i w Świetle. Rozświetlamy mrok swoją uczciwością wobec siebie samego i innych osób i tak budujemy wzajemne zaufanie, wyrozumiałość, miłość i akceptację.
Nie będziemy szczęśliwi dopóty dopóki nie pokochamy siebie i nie nauczymy się tworzyć ożywczych, pełnych miłości związków
.

środa, 13 lutego 2013

Szczęscie jako naturalny stan człowieka w Erze Serca





   Szczęście jako naturalny stan człowieka w Erze Serca


Tomek Ćwiek


Człowiek jest potężną istotą. posiadającą wolną wolę i moc twórczą. To człowiek wybiera co chce robić, czego doświadczać, co czuć i kim się stać. Ten wszechświat jest wszechświatem wolnej woli i nawet biorąc pod uwagę, że manipulacja tu na Ziemi jest potężna, to tak naprawdę jesteśmy twórcami swej rzeczywistości. Dlaczego w takim razie nie wybieramy szczęścia, czemu dopadają nas smutki i idziemy drogą pełna przeszkód?

Kiedy jesteśmy dziećmi odczuwamy szczęście bardzo mocno, bo umiemy się beztrosko bawić i być w tu i teraz. Dla dziecka nie ma później, liczy się tylko chwila obecna.. Dziecko potrafi cieszyć się życiem i jest po prostu szczęśliwe. Nie interesują go nawet warunki w jakich się znalazło, nie skupia się na przeszkodach, manipulacji jakiej jest poddawane czy innych pułapkach matriksa.

Jest po prostu tu i teraz i jest szczęśliwe. Jest szczęśliwe gdy ma przestrzeń do dobrej zabawy i używa do tego swej nieograniczonej wyobraźni. Dlatego właśnie większość ludzi wspomina swe dziecięce lata jako magiczne, beztroskie i pełne mocy .

Kiedy dorastamy zaczynamy uczyć się od dorosłych, że ta zabawa i beztroska wcale szczęścia nie przynosi. Że szczęście da nam w przyszłości udany związek, praca, pozycja i inne substytuty, które tak naprawdę szczęściem nie są.

Po pewnym czasie takiego wpływu dorosłych, wrodzona przestrzeń szczęścia gdzieś zanika. Dziecko staje się coraz bardziej systemowe i poważne. Jego świadomość zaczyna skupiać się na przyszłości, a przez to coraz rzadziej jest w tu i teraz.

W końcu naturalna przestrzeń szczęścia staje bardzo mała albo zanika całkiem.. Zaczyna dochodzić do głosu nie serce, które jest u dziecka zawsze otwarte, ale ego-umysł.

Najlepsze jest to, że będąc dziećmi nie myśleliśmy w ogóle o przyszłości,  ale byliśmy szczęśliwi i pełni radości. Teraz szukamy najczęściej szczęścia w bliżej nieokreślonej przyszłości, bo tam lokujemy jego uwarunkowania. Swe przyszłe szczęście warunkujemy osiągnieciem np. odpowiedniej pozycji społecznej, zdobyciu odpowiedniej sumy pieniędzy, wymarzonego partnera itd. Zobaczmy, że patrząc i myśląc w ten sposób tak naprawdę się od szczęścia oddalamy, bo jest ono zawsze w przyszłości, a przyszłość tak naprawdę nie istnieje .

Ja tez wiele razy łapałem się kiedyś w tą pułapkę, aż doszedłem do tego, ze szczęście jest tylko w chwili obecnej.  Nie później, nie za kilka lat ale właśnie tu i teraz.

Zobaczmy jak zmieniło się nasze postrzeganie rzeczywistości od dzieciństwa do  dorosłości. Dziecko postrzega świat beztrosko, kolorowo i radośnie. Dorosły wszędzie widzi problemy dzielące go od celu czyli szczęścia, ciągle stawia warunki.

Dlaczego będąc dzieckiem potrafimy zaufać sobie i cieszyć się beztroską i szczęściem właśnie w tej chwili? Dlaczego nie myślimy o przyszłości, nawet tej najbliższej ale skupiamy się na dobrej zabawie właśnie w tej chwili?

Dlatego że jesteśmy jeszcze mało skażeni systemem i społecznymi zachowaniami. Nie znamy jeszcze tego co wypada, przystoi , nie znamy żadnych konwenansów i uwarunkowań szczęścia. Po prostu ono jest naszym naturalnym stanem.

Nawet jeżeli dziecko trafia do patologicznej rodziny i jest krzywdzone, to są chwile gdy się dobrze bawi i zupełnie zapomina o swej sytuacji. Czy dorośli tak potrafią? Może nieliczni tak, jednak  większość będąc w tragicznej sytuacji życiowej raczej byłaby w ciężkiej depresji i o żadnej zabawie nie mogłoby  być mowy. Dorosły korzystający z ego-umysłu  nauczył się, że szczęścia nie ma w tu i teraz. W terazniejszosci jest raczej  szaro i ciężko.

Oczywiście są wyjątki. Niektórzy potrafią spełniać swoje cele, osiągając bogactwo, pozycję, spełnienie w związku itd.

Zawsze jednak czegoś brakuje do pełni szczęścia. Ciągle to nie jest stan jaki sobie wymarzyliśmy i cel do którego dążyliśmy.

Wtedy stawiamy sobie nowe cele i ciągle cos gonimy. Bardzo często jak już uda nam się zgromadzić bogactwo i nie daje nam ono szczęścia, zaczynamy rozwijac się duchowo.

Stawiamy sobie kolęjne cele np. osiągniecie wysokich wibracji czy w końcu oświecenie. Szukamy odpowiednich nauczycieli i guru, którzy dadzą nam możliwość dotarcia do następnych celów. Tymczasem szczęście jest w nas samych, w naszym sercu , w tu i teraz. Nie odnajdziemy go w przyszłości, nie odnajdziemy go w żadnej nawet wymarzonej pracy, nie odnajdziemy go w wymarzonym partnerze, czy w spełnieniu jakiegokolwiek innego  warunku.

Szczęście odnajdziemy będąc w sercu i w chwili obecnej. Wtedy po jakimś czasie zaczynamy osiągać stan w którym po prostu jesteśmy, istniejemy. Stan w którym liczy się samo bycie, w którym przychodzi akceptacja dla wszystkiego co nas spotyka oraz świadomość, że jesteśmy jednością.

To stan kiedy będąc w sercu zaczynamy przejawiać miłość bezwarunkową, a życie jawi nam się jako dobra zabawa i przygoda. Czujemy się wtedy wolni, boscy i potężni. Teraz w Erze Serca stan szczęśliwości społeczeństwa powinien być zdecydowanym priorytetem. Musimy nauczyć się nie zabijać w dzieciach tego pięknego stanu, a przez obserwację ich zachowań brać z nich przykład.

To Ty jesteś twórca swej rzeczywistości.

 To Ty jesteś istotą mającą w sercu boską cząstkę, która łączy nas wszystkich.

To Ty jesteś w stanie emitować bezwarunkową miłość, pozostawać w stanie ciągłego szczęścia bez oceny .

To Ty jesteś istota pełną światła i wspaniałych cech, dzięki którym możesz zmienić świat.

JEŻELI CHCESZ ZMIENIC SWIAT NA PIEKNIEJSZY I SZCZESLIWSZY, GDZIE BĘDZIE PANOWAĆ HARMONIA I MIŁOŚC ORAZ SZACUNEK DLA WSZYSTKICH BEZ WYJATKU PRZEJAWÓW ZYCIA, ZACZNIJ OD ZMIANY SIEBIE.

TYLKO ZMIENIAJĄC SIEBIE ZMIENISZ SWIAT <3

czwartek, 31 stycznia 2013

WOLNOŚĆ OD AUTORYTETÓW






Wolność od Autorytetów


Emilka Wróblewska-Ćwiek, Tomek Ćwiek

31-01-2013  



Wiele osób, do których dociera prawda o tym, że istnieje coś więcej niż materia, że jesteśmy czymś więcej niż tylko ciałem, które zaczynają zauważać że świat materialny i zaspokajanie swoich ambicji nie daje im spełnienia, otwiera się na duchowość i zaczyna poszukiwać głębszej Prawdy.

 Przyzwyczajeni jesteśmy, że wiedzę odnajdujemy w książkach, przekazują nam ją od wczesnych lat nauczyciele w szkole, tak więc i po wiedzę duchową zwracamy się na zewnątrz. Szukamy przeróżnych guru oraz mistrzów duchowych i liczymy na to, że uzyskamy od nich odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Odpowiedzi te dają nam poczucie bezpieczeństwa, punkt oparcia. Osoba nauczyciela daje nam schronienie, poczucie, że jesteśmy zaopiekowani przez kogoś, kto wie więcej i znajduje się na wyższym poziomie rozwoju.

Do pewnego momentu taki nauczyciel jest potrzebny, służy jako drogowskaz, który wskaże nam właściwą ścieżkę, poprowadzi za rękę, utuli wewnętrzne dziecko, uświadomi nam drzemiący w nas potencjał. Szukamy nauczycieli u osób silnych, pewnych siebie, posiadających tzw. nadprzyrodzone umiejętności, które nas zachwycają i dają nam nadzieję, że sami znajdziemy się kiedyś na tym pułapie rozwoju.

Na dłuższą metę relacja uczeń- nauczyciel może być jednak niebezpieczna dla obu stron ze względu na to, że hamuje ich rozwój. Jeżeli w odpowiednim czasie łącząca je pępowina nie zostanie przecięta, obie strony popadają we współuzależnienie. Uczeń przychodzi ciągle do nauczyciela po gotowe odpowiedzi, dostaje swoją porcję i jest zadowolony ze zdobytej wiedzy. Oducza go to poszukiwania prawdy w sobie, odciąga od prawdziwego celu, jakim jest odnalezienie swojej boskości, sprawia, że oddaje swoją energię i moc drugiemu człowiekowi, odwracając stale swój wzrok od swojej prawdziwej istoty. Nauczyciel zaś popada w samozachwyt, czuje się doceniony, nieomylny, lepszy od innych i również popada w stagnację. Jest to bardzo trudna relacja, wymagająca od obu stron wielkiej dojrzałości i szczerości wobec samego siebie.

Istnieje tu bowiem dla ucznia pokusa trwania w tzw. „fałszywej duchowości”. Człowiek nie poszukuje w sobie, unika ryzyka popełnienia błędów, stroni od życiowych wyzwań i stawiania czoła własnym lękom i zadowala się zdobytymi od nauczyciela odpowiedziami, które nawet jeśli budzą jego wątpliwości, nie zostają przez niego poddane weryfikacji.

Nauczyciel zaś tak bardzo może przyzwyczaić się do odgrywanej przez siebie roli nieomylnego, wszechwiedzącego przewodnika, że nie będzie chciał dopuścić do tego, by przyznać się do błędu, uznać ucznia za równego sobie i pozwolić by dalej odkrywał swoje prawdy sam.

Oczywiście przebywanie z osobami o wyższych wibracjach od nas jest dla nas korzystne; pomaga nam na zasadzie wejścia w rezonans podwyższyć własne wibracje i znaleźć się na wyższym poziomie rozwoju. Dlatego relacja nauczyciel- uczeń ma do pewnego stopnia sens. Jednak potrzeba tu zachowania wielkiej czujności, bo nawet przy najszczerszych chęciach i najczystszych intencjach, pojawia się ryzyko uzależnienia, trwania „ucznia” w niskim poczuciu własnej wartości, braku własnego zdania, stagnacji i nieuświadomionej do końca manipulacji ze strony nauczyciela. Tylko w sobie znajdziemy prawdę, tylko w przestrzeni naszego serca jest cała potrzebna nam wiedza.

To tam właśnie znajdziemy mistrza w sobie. Nigdy nie ufajmy innemu człowiekowi bardziej niż sobie i nie uważajmy kogoś za lepszego od siebie. Liczmy na siebie, patrzmy w swoje serca, zadawajmy pytania sami sobie tak długo, aż przyjdzie odpowiedź. Wczujmy się w siebie, rozpoznawajmy swoje słabości i róbmy wszystko, aby je przekroczyć.

Mamy w sobie moc, ogromną moc. Tylko rzetelna praca nad sobą, ciągłe podnoszenie swoich wibracji poprzez dbałość o ciało fizyczne, jakość pokarmu, zarówno tego rozumianego dosłownie, jak i tego energetycznego, czyli myśli i emocji, którymi się karmimy, doprowadzi nas do wyzwolenia się od ego, do doświadczenia swojej boskości. Nauczyciel, któremu zależy na Twoim rozwoju, powie Ci, że wiedzę masz w sobie, będzie Ci na każdym kroku przypominał, abyś sam znajdował prawdę w sobie, będzie wskazywał Ci Twoją moc, piękno i i potencjał, da Ci klapsa w tyłek, gdy zobaczy, że się od niego uzależniasz; będzie powtarzał do znudzenia: szukaj w sobie, uzdrawiaj siebie, przekraczaj siebie. W wieku 80 lat tuż przed swoją śmiercią Budda wypowiedział dwie prawdy, które są niezwykle przydatne na ścieżce rozwoju duchowego.

Pierwsze stwierdzenie brzmiało: „Oto mogę umrzeć szczęśliwy. Nie zatrzymałem ani jednej nauki w zamkniętej dłoni. Cokolwiek może przynieść wam pożytek, już wam dałem”.

Drugie stwierdzenie: „Nie wierzcie w ani jedno słowo tylko dlatego, że wypowiedział je Budda, lecz sprawdzajcie rzeczy sami. Bądźcie swoimi własnymi przewodnikami- nauczycielami”.

Nie chodzi o to, by w ogóle nie poszukiwać na zewnątrz. Nie wszystkie odpowiedzi możemy odnaleźć w sobie, zwłaszcza na początku. Szukajmy sposobów i metod na dotarcie do swojej Boskości i w świecie zewnętrznym i w swoim wnętrzu.

Stosujmy te metody, które z nami rezonują. Często, gdy docieramy do czegoś sami i znajdujemy potwierdzenie w świecie zewnętrznym, że jest ktoś oprócz nas, kto czuje tak samo, utwierdza nas to w przekonaniu o słuszności ścieżki, którą kroczymy.

Najważniejsze jest jednak DOŚWIADCZANIE prawd, w które wierzymy. Nie zadowalajmy się tylko samym stwierdzeniem, że „Jestem Bogiem”.

POCZUJMY to, odkryjmy naprawdę w sobie Boskość. Róbmy wszystko, aby tego doświadczyć. Nie ma nic ważniejszego. Nie zadowalajmy się sama wiedzą, dążmy do POZNANIA.

Niech nasza wiedza będzie żywa. Osho mówił, że ten, kto do niego przychodzi po odpowiedzi, przyjmuje je bezkrytycznie, tworząc z nich swoje przekonania, postępuje jak żebrak. Kto patrzy w nauczyciela jak w obraz, nie szukając wiedzy w sobie niech się od razu szykuje na to, że jego nauczyciel zwróci się przeciwko niemu. Nie twórzmy swoich przekonań w oparciu o czyjąś wiedzę.

Niech odpowiedzi nauczyciela nie dają ci poczucia bezpieczeństwa, WERYFIKUJ je. Czy są TWOJĄ prawdą? Czy to, co mówi sprawdza się w życiu? Bądź niezależny, Mistrzu. Zbyt długo oddawałeś swoją energię, wpatrując się w czyjąś wspaniałość. Zwróć swoje oczy na swoją własną wspaniałość. Prawdziwy Mistrz nie chce twojej energii. Chce, abyś był wolny i niezależny.

  

Nie pytany nie narzuca swej prawdy innym. Jeżeli ktoś przyjdzie i zapyta mistrza aby doradził mu i wskazał drogę odpowie on, że może to zrobić, ale to jego prawda i jego droga i nie musi być zbieżna z drogą pytającego. Mistrz polega na sobie i na swej wewnętrznej wiedzy i prawdzie. Oczywiście mogą z nim rezonować tezy wygłaszane przez innych, ale nie trzyma się ich kurczowo i nie uzależnia się od nich.

Żaden nas nie zbawi, nikt nie wykona za nas pracy, nikt nie uaktywni nam energii kundalini, która jest kluczem do osiągnięcia wyzwolenia i wzniesienia oraz boskości. W bezpieczny dla nas sposób, może się to stać jedynie jako naturalny proces wynikający z naszej własnej pracy nad sobą, swoim mrokiem, swoim ego.


Wiele osób, w tym i my popełniło błąd czekając na 21.12.2012 jak na zbawienie, wierząc, że potężne energie tego dnia przyniosą nam totalne wyzwolenie. Dzień ten nie przyniósł jednak spektakularnych zmian, co nie oznacza, że nic się nie stało.

Nowa Era się rozpoczęła i przejawia się to w znacznym podwyższeniu wibracji na Ziemi.

Jest to czas, w którym tępione przez wieki ruchy gnostyczne mogą wyjść z ukrycia i przekazywać swoją świętą wiedzę szerszej rzeszy ludzi.

Nowe energie otwierają nas bowiem na Prawdę.

A ta może zostać odnaleziona przez nas jedynie wtedy, gdy szukamy Jej w sobie z całych sił i nic nie jest od tego poszukiwania ważniejsze.
Nowa Era wymaga od nas uwolnienia się od wszelkich autorytetów i znalezienia oparcia w samym sobie.

Wyzwoli nas wielka tęsknota za Prawdą i dokładanie wszelkich starań aby przejawiać miłość w każdej chwili swojego życia.

Nie rozwijasz się po to, aby być lepszym od innych i ich uczyć. Rozwijasz się po to, aby zrealizować swój boski potencjał i stać się czystą miłością. Jest to jedyny sposób na zmianę tego świata i poprawę jego kondycji.

 „Nauczyciel”, „uczeń” to są tylko role, które odgrywamy przejściowo w tej iluzorycznej rzeczywistości. Nauczyciel jest uczniem a uczeń nauczycielem. Uczymy się od siebie nawzajem i od życia. Każda sytuacja może nas wiele nauczyć, jeśli tylko jesteśmy czujni.

Role nie stanowią one naszej prawdziwej tożsamości. Aby ją odnaleźć musimy ucichnąć w sobie. "Ja muszę maleć aby Ten Drugi we mnie wzrastał" Amen.

Ręce Duszy

 Ręce Duszy Emilia Wróblewska - Ćwiek (Artykuł ukazał się w czasopiśmie Logon) Dusza człowieka otrzymała dwie ręce: lewą miała wyciągać w gó...