wtorek, 9 listopada 2021

Ręce Duszy


 Ręce Duszy


Emilia Wróblewska - Ćwiek

(Artykuł ukazał się w czasopiśmie Logon)


Dusza człowieka otrzymała dwie ręce: lewą miała wyciągać w górę, w kierunku Ducha, prawą zaś – opuszczoną - miała błogosławić ziemię, przekazywać jej siłę i moc niebiańskich światów, by to, co na dole, było tak wzniosłe i pełne splendoru jak to, co na górze. Miała stać się zwierciadłem, w którym odbija się Maat - kosmiczne Prawo sprawiedliwości i równowagi odwzorowane w materialnym świecie.


Bycie łącznikiem pomiędzy światem duchowym a materią - oto, co było i co jest przeznaczeniem duszy. Wypełnienie tego przeznaczenia jest jednak kwestią przyszłości. Dusza współczesnego człowieka utkana jest bowiem z eterów należących do świata Natury, zbyt mało szlachetnych, by mogła stać się „oblubienicą” Ducha.


Maat


Egipską boginię Maat, którą można utożsamić z boskim Słowem, Logosem, Planem, przedstawiano jako klęczącą kobietę z uskrzydlonymi rękami, z których jedna celowała w niebo, druga zaś w ziemię. Głowę bogini zdobiło strusie pióro, zwane „shut”, pochodzące od słowa Shu, które było również imieniem boga powietrza, ziemi i nieba i oznaczało „świetlistą przestrzeń”. Po śmierci danego człowieka, bogini Maat kładła na jedną szalę wagi owo pióro, a na drugą- serce człowieka. Jeżeli serce, będące według Egipcjan siedzibą duszy i świadomości, było cięższe niż pióro (czyli nieczyste), człowiek był pożerany przez Ammit- potwora stanowiącego skrzyżowanie hipopotama, krokodyla i lwa. Jeśli zaś podczas ważenia szale wagi znajdowały się w równowadze, oznaczało to czystość i bezgrzeszność serca, i dusza człowieka mogła połączyć się z Ozyrysem - z Duchem i żyć wiecznie w raju. W procesie ważenia udział brali: bóg podziemnego świata- Anubis i wielki nauczyciel ludzkości - Thoth, którego greckie imię brzmi Hermes.


Egipskie mity mogą nam się jawić jako bajki, stworzone przez prosty lud w celu wyjaśnienia tajemnic życia i śmierci. Wtajemniczony jednakże rozpozna w nich przekazaną w zawoalowany sposób wiedzę misteryjną, stanowiącą podwaliny wewnętrznego, mistycznego chrześcijaństwa, którego celem jest całkowite przetransformowanie duszy człowieka, tak by mogła połączyć się z Duchem.


Życie po śmierci?


Mówiąc językiem egipskiego mitu, możemy powiedzieć, że „serce” każdego przeciętnego współczesnego człowieka, zostaje po śmierci pożarte przez potwora Ammut. Tłumacząc to na język ezoteryczny, powiemy, że świadomość takiej osoby rozprasza się; jej osobowość ulega stopniowemu rozkładowi, a tworzące ją „nieświęte”, zanieczyszczone etery, zbudowane z tlenu, wodoru i węgla dołączają do eterów należących do świata Natury i żywiołów: wody (reprezentowanej w micie przez krokodyla), ognia (symbolizowanego przez lwa) i ziemi (przez hipopotama). Możemy tutaj zwrócić uwagę na brak czwartego elementu konstruującego ludzką osobowość - mianowicie powietrza, reprezentowanego przez azot. Nie jest to w żadnym razie przypadek. Oznacza to, że sercu człowieka brakowało uduchowienia; wypełnione było w całości namiętnościami i żądzami (ogień), emocjami (woda) i chciwością oraz nastawieniem materialistycznym (ziemia) i przez to było ociężałe i należało do świata fizycznego. Tylko serce owiane świetlistym tchnieniem Shu, było lekkie niczym piórko i stawało się godne połączenia z Ozyrysem.


Pióro strusia symbolizowało uduchowioną świadomość ludzką. Struś, jako nielot, reprezentuje duszę człowieka należącą do ziemi. Jest jednak ptakiem, posiada pióra, będące atrybutem powietrza, co ma oznaczać, że dusza poprzez swoje ukierunkowanie i pracę nad sobą oczyściła się i uszlachetniła, rozwinęła w pełni ciało mentalne (pióra strusia), dzięki czemu może połączyć się z Duchem.


Ta głębia egipskiego mitu jest ponadczasowa. I jeśli tylko mamy uszy do słuchania, oczy do patrzenia i serce do rozumienia, pojmiemy, że zostaliśmy powołani do życia w wyższej rzeczywistości, niż ziemska. Pożarcie przez potwora Ammit przypomina nieco biblijnego Jonasza, który znalazł się w brzuchu wieloryba. Możemy tu znaleźć odniesienie do ludzkiego mikrokosmosu przywiązanego do ziemi, skazanego na ciągłe inkarnowanie się w materialnym świecie - na uwięzienie, które trwać będzie do czasu, aż człowiek się przebudzi i zatęskni do świata Ducha.


Współczesny Adam

Wyzwolenie z ziemskiego pola magnetycznego nie dokona się jednak na drodze naturalnej ewolucji. Współczesny człowiek sam z siebie nie stanie się obrazem Maat, nosicielem Słowa,


Synem Bożym, Christophorosem. Na obecnym etapie swojego rozwoju przypomina Adama z fresku namalowanego przez Michała Anioła w kaplicy sykstyńskiej. Półleżące ciało Adama należy niemal całkowicie do Ziemi, a jego palec, wyciągnięty w kierunku Boga, jest miękki, niemrawy i bierny. Cała postać mężczyzny wyraża indolencję, lenistwo, zamiłowanie do wygody. Horyzontalna pozycja obrazuje przywiązanie do materii i niechęć do zajęcia się wyższymi sprawami.


W erze Wodnika ludzie masowo budzą się z hipnotycznego zaabsorbowania sprawami świata fizycznego. Mówiąc obrazowo, naprężają wskazujący palec i wyciągają go w kierunku Ducha; nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że wciąż jeszcze „leżą”; że w dalszym ciągu cieleśnie (mamy tu na myśli również ciała subtelne) należą do ziemi. Dopóki bowiem człowiek nie zrozumie swojej kondycji, nie pozna ścieżki prowadzącej do wyzwolenia i nie dokona na sobie Wielkiego Dzieła, dopóty jego serce należeć będzie do Ammit; dopóty podlegać będzie prawu karmana, a jego mikrokosmos kręcić się będzie w błędnym kole bezustannych inkarnacji.


Jak się wyzwolić?


Pierwszym warunkiem niezbędnym do wyzwolenia, jest uświadomienie sobie po pierwsze faktu, że znajdujemy się w więzieniu, zwanym obecnie przez wiele osób Matrixem, matrycą. Nie jest to jednak „boska matryca”, lecz utworzony z jej świetlistej, mentalnej substancji świat pracujący na niskich częstotliwościach lęku, poczucia oddzielenia, braku światła (czyli wiedzy) i braku miłości. Uwięzione w tym świecie dusze nie mogą pokonać tej wibracyjnej bariery. Pomimo ciężkiej pracy nad sobą, nie mogą wykorzenić wrośniętego w swoją istotę egocentryzmu; nie potrafią przekroczyć swojej skłonności do dualnego postrzegania rzeczywistości; nie potrafią kochać bezwarunkowo i żyć bez lęku. Pomimo że na poziomie mentalnym wiedzą, jakie powinny one być, nie potrafią wdrożyć tych wysokich ideałów w życie. Istnieje taki błogosławiony moment, w którym człowiek dochodzi do ściany i uświadamia sobie, że wypróbował już wszystkie znane mu metody samorozwoju, przeszedł wszystkie możliwe terapie, zaliczył ogromną ilość warsztatów, zgromadził olbrzymią wiedzę, lecz mimo to nadal obecne jest w nim zło, lęk i cierpienie. W takiej chwili zaczyna mgliście zdawać sobie sprawę, że aby się wyzwolić, potrzebuje pomocy. Stan ten dobrze oddają słowa biblijnego Psalmu 121: „Wznoszę swe oczy ku górom: Skąd nadejdzie mi pomoc?”


Wielka Nostalgia


Kolejne wersy Psalmu 121 przynoszą odpowiedź, którą człowiek znalazł w swoim wnętrzu: „Pomoc mi przyjdzie od Pana, co stworzył niebo i ziemię”. Odpowiedź ta może nas nie usatysfakcjonować. Jakim cudem bowiem pomóc ma nam nagle jakiś bóg tradycyjnej religii?


Odpowiadając na to pytanie, musimy przede wszystkim uświadomić sobie, że Biblia jest w przeważającej mierze zbiorem natchnionych pism, zawierających zawoalowany przekaz dotyczący mistycznej i misteryjnej drogi prowadzącej do połączenia się z Absolutem. Wyżej zacytowany fragment nawiązuje do momentu na ścieżce, w którym człowiek przestaje szukać wyzwolenia posługując się metodami tego świata, lecz zaczyna po omacku szukać połączenia z Czymś/Kimś wyższym od siebie, niepochodzącym stąd - z ziemskiego pola magnetycznego.


Carl Gustav Jung jest autorem następującej anegdoty: Sędziwy alchemik dodał otuchy jednemu ze swoich uczniów, mówiąc: "Bez względu na to, jak bardzo wyobcowany i samotny się czujesz, jeśli będziesz wykonywać swoją pracę naprawdę sumiennie, nieznani przyjaciele przybędą, by cię odnaleźć”.


Prawdziwa alchemia polega na przemianie nieszlachetnych metali swojej natury w złoto ducha. Nieznani przyjaciele, których ma na myśli Jung, to Boska Hierarchia czuwająca nad duchowym rozwojem ludzkości. To ona jest w tym świecie „prawą ręką” Pana, który stworzył niebo i ziemię.


Gdy człowiek budzi się i zaczyna tęsknić za innym światem; gdy zaczyna uświadamiać sobie, że jego dom znajduje się w duchowej przestrzeni, gdy staje się obcym na Ziemi, oznacza to, że przebudził się w nim atom duchowego Słońca. Taka osoba zostaje dotknięta tym, co Mikhail Naimy w swym dziele „Księga Mirdada” określa poetycko mianem „Wielkiej Nostalgii”, nieugaszonej tęsknoty za duchowym domem, prowadzącej do intensywnych poszukiwań. I ta Wielka Nostalgia jest drugim warunkiem, który trzeba spełnić, żeby się stąd wyzwolić. „Szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam”.


Tęskniący za Bogiem człowiek zaczyna nieświadomie wysyłać ze swojego serca podczerwone promieniowanie, które przyciąga do niego Światło Gnozy i pomoc Duchowego Braterstwa. Otrzymuje znaki, prowadzące go do źródeł i miejsc, w których może w całkowitej samoautorytatywności urzeczywistnić ścieżkę prowadzącą go do mistycznej śmierci ego i poczucia prawdziwej Jedności z całym stworzeniem.


Jestem, który Jestem


W biblijnej Księdze Wyjścia znajdujemy głęboko symboliczną przypowieść o Mojżeszu, do którego przemówił Bóg, ukazawszy mu się pod postacią gorejącego krzewu, który się nie spalał. W krzewie tym możemy odnaleźć analogię do nowej duszy człowieka, rozpalonej boską zasadą wodoru - ogniem, który daje jej nieśmiertelność. Przypowieść ta jest oczywiście zawoalowanym odniesieniem do wyzwalającej ścieżki, jednak nie na tym pragniemy się teraz skupić. Chcemy przez moment zatrzymać się na imieniu, którym przedstawił się Mojżeszowi Bóg: Jestem, który Jestem (Ehjeh aszer Ehjeh).


W imieniu tym możemy bowiem odnaleźć ukryty aksjomat Thotha/Hermesa Trismegistosa: „Jak na górze, tak na dole”. W pierwszym „Jestem” znajdujemy pierwotną Świadomość, Istotę nieobjawionego Boga Ojca; w wyrazie „który” odnajdujemy Słowo, Logos, Maat - Boski Plan, z którego rozwinie się to, co widzialne; w drugim „Jestem” natomiast kryje się ucieleśnienie tego Planu w objawionym świecie.


Żeby człowiek mógł się przerodzić w istotę zgodną z pierwotnym zamysłem Boga, musi stać się w swym sercu, umyśle i czynach absolutnie cichym. Wówczas jego dusza stanie się zwierciadłem, odbijającym owo „Jestem” Boga.


Gdy zaczynamy odczuwać tę świadomość „Jestem”, wznosimy się ponad dualne postrzeganie rzeczywistości. Zaczyna się od tego, że przestajemy reagować emocjonalnie na przejawy dobra i zła, które dostrzegamy w samym sobie. Neutralność ta bierze się z faktu nieutożsamiania się ze swoją niższą naturą. Owo wewnętrzne „Jestem” przenosimy na świat zewnętrzny i pojawia się zrozumienie, że wszystko „Jest”. Przestajemy wartościować i osądzać to, co na zewnątrz, co nie oznacza oczywiście, że stajemy się amoralni. Nie stajemy się amoralni, lecz cisi, pozbawieni preferencji, oczekiwań, przesądów i uprzedzeń. Zaczynamy widzieć, że wszystko, co istnieje, czemuś służy; że jest potrzebne. Pojawia się w nas Szacunek.


Taka cisza może wyrosnąć tylko z „Głosu Ciszy”, który dobywa się z boskiej iskry, niebiańskiego atomu, cząsteczki duchowego Słońca, obecnego w naszym sercu. Ono jest ziarnem, z którego może się rozwinąć szata nowej duszy, zdolnej do poślubienia Ducha, zdolnej do złączenia się z Ozyrysem.


Prowadzi do tego jedynie absolutne wyciszenie siebie, śmierć starego ja, do którego nawiązują słowa Listu Pawła do Rzymian: „A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12, 1).


I inne słowa obecne w dalszej części tego listu „Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne” (Rz 12, 16).


Duszy naturalnej bowiem nie da się doprowadzić do prawdziwej wielkości. Dlatego musi ona „obumrzeć”, aby uczynić miejsce dla innej duszy, świetlistej, wysoko wibrującej, która utkana jest z eterów niepochodzących z tego świata. W tym procesie odnowy, stopniowemu uświęceniu ulegają trzy świątynie Człowieka: sanktuarium jego głowy, serca i na końcu - rąk. Po takiej przemianie dusza ludzka może pochwycić wyciągniętą do niej „dłoń” Ducha. Staje się pośredniczką pomiędzy ziemią a niebem, gotową do tworzenia w substancji Boskiej Maat-rycy.


Mistrz: Jeżeli jesteś cichy, to jesteś tym, czym był Bóg, zanim powstały natura i stworzenie, i z czego On stworzył ciebie jako istotę naturalną. Potem będziesz słyszał i widział przy pomocy tego, czym Bóg widział i słyszał w tobie, zanim pojawiły się samowola, własne widzenie i słyszenie. Przekaż twoją wolę całkowicie Bogu! Nie czyń tego, do czego nakłania cię twoja wola! Poddaj się krzyżowi naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jeżeli to uczynisz, przemówi w tobie Bóg i skieruje twoją wolę Jemu poświęconą ku ponadzmysłowej głębi. Wtedy usłyszysz, co Pan w tobie mówi.


- Jakob Böhme "O życiu ponadzmysłowym".


środa, 21 kwietnia 2021

Sara i Tobiasz

 


Sara i Tobiasz


Tekst: Emilia Wróblewska-Cwiek


W Starym Testamencie znajduje się niezwykła przypowieść, która po trosze przypomina baśń, a po trosze scenariusz do współczesnego filmu o miłości.[1] Oto w jednej chwili, w dwóch różnych miejscach na ziemi modli się do Boga o śmierć dwoje ludzi: starszy, niewidomy mężczyzna imieniem Tobiasz i młoda kobieta - Sara.

Tobiasz jest prawym, wierzącym człowiekiem, żyjącym na wygnaniu w Niniwie. Sumiennie wypełnia obowiązki, jakie nakłada na niego religia: dzieli się pożywieniem i odzieniem z ubogimi, udziela im jałmużny i potajemnie grzebie ciała potomków Izraela, zamordowanych przez ówczesne władze, za co jest prześladowany. Na domiar złego, za sprawą ptasich odchodów, które lądują na jego oczach, traci wzrok. To sprawia, że znajduje się na utrzymaniu krewnego i swojej żony Anny, która zajmuje się przędzeniem. Pewnego dnia, gdy Anna odsyła przędzę pracodawcom, ci oprócz zwykłej zapłaty, dają jej jeszcze koziołka. Tobiasz podejrzewa, że koziołek pochodzi z kradzieży i każe żonie go zwrócić. Ta szydzi z niego, co sprawia, że czara goryczy się przelewa i Tobiasz zaczyna błagać Boga o śmierć.

Sara natomiast modli się o śmierć, ponieważ cierpi równie mocno. Już siedem razy wychodziła za mąż, ale wszyscy jej mężowie zostali w noc poślubną zabici przez złego ducha Asmodeusza.  Podejrzenia padają na Sarę.

Bóg, słysząc te gorące modlitwy, wysyła na pomoc swojego posłańca Archanioła Rafaela.

Każdy, kto jest wprowadzony w misteria pierwotnego, gnostycznego chrześcijaństwa, odnajdzie w tej historii kopalnię soczystych symboli, odżywiających jego życie wewnętrzne i dających mu inspirację na Ścieżce. Przypowieść ta jest „podobieństwem”, w którym wszystko, co pozornie dzieje się w świecie zewnętrznym, odnieść należy do naszego wnętrza: jego aspektów i etapów duchowej ścieżki. Wszyscy bohaterowie historii byliby zatem elementami naszej psychiki, a w ich identyfikacji pomagają nam imiona, które noszą.

Imię Tobiasz oznacza po aramejsku „Bóg jest moim bogactwem”. Płeć bohatera i jego imię wskazują na obecny w każdym z nas aspekt woli.  Jest to wola człowieka, który zdał sobie sprawę z tego, że jedynym bogactwem, o które warto zabiegać w tym świecie, jest Bóg. Współczesnemu czytelnikowi postawa ta może się wydać mocno anachroniczna, nieżyciowa, a może nawet fanatyczna. Żyjemy w materialnym świecie, musimy zaspokajać liczne potrzeby związane z naszą cielesnością. Potrzebujemy również odnajdować się w przestrzeni pełnej rywalizacji, w której wartość człowieka mierzona jest ilością zer na koncie. W tej sytuacji wewnętrzne nastawienie wielu z nas wyrażałoby raczej zdanie „pieniądze są moim bogactwem” lub „moja zaradność i talenty są moim bogactwem”. I nie ma w tym nic dziwnego, ani godnego potępienia, należy to bowiem do naszego ziemskiego człowieczeństwa.

Można powiedzieć jednak, że Tobiasz jest tym aspektem woli w nas, który wspiął się na wyższy poziom spirali rozwoju; lub ująć to jeszcze inaczej: Tobiasz budzi się w nas, gdy nasza dusza, po zebraniu ogromnej ilości doświadczeń w tym świecie, osiąga określony poziom dojrzałości. Zaczynamy wtedy zdawać sobie sprawę z tego, że żadne materialne dobra ani osiągnięcia, przynoszące nam splendor, nie dają nam prawdziwego poczucia sensu i spełnienia. Po drugie, zaczynamy dostrzegać, że dobro, które jest naszym udziałem, talenty i majątek, który wydaje nam się, że posiadamy, nie są tak naprawdę naszą własnością, ani zasługą. Wszystko dostajemy na chwilę, każda sytuacja może się w tym świecie w każdym momencie zmienić w swoje przeciwieństwo. Talenty mogą również przeminąć... A poza tym, czy to naprawdę jest nasza własna zasługa, że dysponujemy jakimiś dobrymi cechami? Czyż nie pochodzą one ze Skarbnicy Dobra znacznie większego niż nasze śmiertelne osobowości? Gdyby tak było, to sami bylibyśmy źródłem własnego istnienia, a to pachnie nonsensem.

Tak rozumuje Tobiasz w nas. Lecz jego żona Anna, zdaje się być jego cieniem. Symbolizuje nieoczyszczone jeszcze aspekty naszej duszy, mocno przywiązane do materii. Mówi nam o tym koziołek, którego dostaje w zamian za swoją pracę. W symbolice biblijnej kozioł utożsamiany jest z szatanem, chciwością, nastawieniem materialistycznym i egocentrycznym. Tobiasz martwi się, że ten dodatek do zapłaty pochodzi z kradzieży. Gdy odczytujemy ten fragment dosłownie, zachowanie mężczyzny może nam się wydać dziwne i niesprawiedliwe. Dopiero znajomość symboliki odsłania nam prawdziwy przekaz. Kradzieżą można nazwać każdy czyn (myśl, emocję), który nie służy jedności; który nie jest zbieżny z wolą boskiej zasady obecnej w naszym wnętrzu.

Współcześnie wiele mówi się o tym, że jesteśmy wszyscy jednością. Można powiedzieć, że słowa te stały się jednym z głównych haseł Nowej Ery. I chyba nie ma człowieka na ścieżce duchowej, który by się z nim nie utożsamiał, bądź nie zgadzał. Mimo to jednak, bardzo często nie widzimy, że nasze codzienne odczuwanie siebie i innych bardzo temu przeczy. To, że jesteśmy wszyscy jednością, akceptujemy na poziomie intelektualnym. Być może w związku z tym mamy większą świadomość ekologiczną, stajemy się wegetarianami lub weganami, staramy się być mili i dobrzy dla innych. Mimo to jednak czujemy się odrębnymi istotami. W naszej psychice jest wiele sprzeczności: czujemy się lepsi lub gorsi, a na pewno inni niż wszyscy. Tych, co są do nas podobni, lubimy; tych, co się różnią - traktujemy z niechęcią. Nie potrafimy patrzeć z tolerancją na poglądy przeciwne niż nasze - mamy skłonność do dyskryminacji i obrażania siebie nawzajem. Współcześnie na przykład społeczeństwo podzielone jest na z jednej strony zwolenników maseczek i szczepionek, a z drugiej na przeciwników. Te dwie grupy bardzo często nie mają dla siebie nawzajem żadnego zrozumienia, Gdy w grę wchodzi lęk bardzo łatwo jest nas podzielić. I nikt już nie pamięta o wysokich ideałach, że „wszyscy jesteśmy jednością”. Bywa, że do tego ostatniego hasła lgnie nasze ego, bo czuje się wtedy wzniosłe i uduchowione, natomiast zanim do niego naprawdę dorośniemy, zanim naprawdę będziemy czuć się jednością, potrzeba długiego procesu. Procesu, w którym Słowo - ideał Boskiej Jedności - stanie się w nas Ciałem; procesu, w którym zintegrujemy wewnętrznie wszystkie obecne w nas sprzeczne aspekty, przeciwstawne zachowania, niezrozumiałe, niskie, zwierzęce instynkty, egocentryczne impulsy, itd.

Ścieżka, która do tego prowadzi, jest ścieżką wewnętrznego chrześcijaństwa. Droga, której szukamy w religiach Wschodu, prowadząca do wolności od iluzji, mai, ego, cierpienia, fałszu, emocji, przywiązania, nawyków, etc. istnieje również w naszym zachodnim chrześcijaństwie. Jest nam podana w Biblii przepięknym, bogatym, głębokim językiem misteryjnym, którego często nie rozumiemy, bo nikt nas tego rozumienia nie nauczył. Bo przekaz został przeinaczony.

Gdy zaczynamy zgłębiać Gnozę, jasne staje się dla nas, dlaczego Tobiasz i Sara modlili się o śmierć. Nie chodziło im o dosłowne odejście z tego świata, lecz o unicestwienie własnych wyobrażeń, popędów, automatycznych reakcji, mroku, błędnych przeświadczeń składających się na iluzoryczne „ja”. W człowieku bowiem istnieje dusza naturalna i przyrodzona jej egocentryczna świadomość. I istnieje również zalążek, ziarno boskiej duszy, niebiańskiej świadomości, zwane lotosem, różą, atomem iskry ducha, ziarnem gorczycy, itd. Ulokowane jest ono w naszym sercu i jego rozwój równoznaczny jest z „oświeceniem”, „urzeczywistnieniem”. To ziarno może rosnąć jedynie wtedy, gdy cichnie nasza naturalna świadomość.

Ta inna dusza, boska dusza jest tą świadomością, która czuje się jednością ze wszystkim i ze wszystkimi, z całym istnieniem. Nie rozróżnia na „ja” i „ty”. Wszystkiego, czego życzy sobie, życzy innym. Potrafi dosłownie traktować bliźniego swego jak siebie samą, na najbardziej nawet subtelnych, wewnętrznych poziomach. Związane jest z tym wewnętrzne znaczenie dawania „jałmużny”, które widzimy m.in. u Tobiasza w naszej przypowieści.  Polega na wewnętrznym, prawdziwym życzeniu każdemu człowiekowi najwyższego dobra, miłości, błogości, duchowego urzeczywistnienia. Nowa dusza jest taką miłością; ona nie musi się jej uczyć, trenować się w niej, ćwiczyć. Miłość ta jest jej istotą.

Nowa dusza jest pośredniczką między Duchem, z którym łączy się, gdy jest dojrzała, a osobowością cielesnego człowieka. Jej symbolem jest w przypowieści Sara. Imię Sara tłumaczy się jako „Księżniczka”, „Pani”, „Szlachetnie urodzona kobieta”. Drugie tłumaczenie wywodzi się od aramejskiego rdzenia „sar”, które oznacza „odwrócić głowę”. Sara swoim pięknem sprawiała, że wszystkie głowy odwracały się w jej stronę. Na wewnętrznym poziomie oznacza to, że nasza wola i mentalny aspekt naszej istoty odwraca się od egocentryzmu zwykłej, ziemskiej natury i ukierunkowuje się na piękno szlachetnej boskiej zasady, którą w sobie nosimy. Siedmiu mężów, których miała Sara, a których zabił Asmodeusz („Niszczyciel” od czasownika „szamad” - niszczyć), można rozumieć albo jako Siedem Promieni Ducha, z którymi dusza nie mogła się jeszcze połączyć, bo była nie w pełni rozwinięta, albo mogą one symbolizować siedem czakr, które nie zostały jeszcze przemienione w procesie gnostycznej transformacji, zwanym transfiguracją. Ten dualizm interpretacyjny bardzo dobrze koresponduje z rolą duszy jako pośrednika pomiędzy tym, co boskie, a tym, co ludzkie.

Aspekt Sary możemy również rozumieć jako oczyszczone serce, a Tobiasza jako oczyszczoną głowę. Gdy serce i głowa modlą się o to samo, gdy przepełnione są jedną intencją, jednym głębokim pragnieniem połączenia się z Bogiem, stania się jednością, miłością, światłem, narzędziem Ducha, wtedy dzieją się gnostyczne cuda. ”Stale proście, a będzie wam dane; ciągle szukajcie, a znajdziecie; wciąż pukajcie, a będzie wam otworzone. Bo każdy, kto prosi, otrzymuje i każdy, kto szuka, znajduje, i każdemu, kto puka, będzie otworzone”.

Tak naprawdę, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, w życiu bezustannie się modlimy. Każde nasze słowo, myśl, emocja, uczucie, czy czyn jest pewnego rodzaju modlitwą; jest wypromieniowaniem energii, która niesie z sobą określone konsekwencje. Jakob Boehme, wielki mistyk z Goerlitz, tak pisał o modlitwie:

„Porzućcie i poddajcie wszystko, co ziemskie Jego upodobaniom i woli; bo nie wiemy, czego powinniśmy pragnąć i o co się modlić, ale Duch Święty pomaga nam w Chrystusie Jezusie, przed swoim Ojcem niebieskim. Dlatego nie potrzeba wielu słów ani długich modlitw, ale duszy wierzącej, która całym swoim szczerym i zdecydowanym zamiarem poddaje się Miłosierdziu Bożemu, aby żyć w Jego Woli”.

Słowa te zwracają uwagę na bardzo ważny aspekt Ścieżki wyzwalania się od „ja”, jakim jest wypełnianie nie swojej woli, lecz woli wewnętrznej boskiej zasady, Boga, który w nas wzrasta.

Inaczej modli się ziemski człowiek o duszy naturalnej, a inaczej modli się nowa dusza. Modlitwa ziemskiego człowieka najczęściej motywowana jest lękiem i jakąś formą egocentryzmu. Najwyższą formą modlitwy, na jaką stać nas, jako istoty o świadomości „ja”, jest wdzięczność lub prośba do sił boskich o to, by pomogły nam wyciszyć się i poddać wewnętrznemu Bogu i by wszyscy ludzie doświadczyli tego poddania się najwyższej zasadzie w sobie. Taka modlitwa, jak to możemy wywnioskować z przypowieści, ma ogromną moc. Przyciąga do nas pomocne boskie siły.

Modlitwa o to, by jakaś mecząca nas sprawa rozwiązała się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, nie jest postawą poddania się woli Boga. Bywa, że dla rozwoju nowej duszy korzystne są rozwiązania, które nie są w smak nam jako osobowościom. Niemniej jednak, gdy jesteśmy naprawdę ukierunkowani na wsłuchiwanie się i podążanie za tym świętym, nieegocentrycznym pierwiastkiem w nas, wszystko w naszym życiu zaczyna się harmonijnie układać. A gdy mają miejsce burze, to tylko po to, by słońce, które po nich wyjdzie, mogło jeszcze jaśniej świecić.

Nowa dusza modli się bez słów. Modli się swoim promieniowaniem, które przyrównać można do zapachu wonnego kadzidła unoszącego się z ołtarza, lub do woni kwiatu. Jest to modlitwa z poziomu jedności i ciszy. Czasami to, co jest właściwe i wskazane na niższym poziomie rozwoju, jest niewskazane i szkodliwe na innym. Gdy człowiek urzeczywistnił już w dużym stopniu nową duszę, modlitwa za pomocą słów może być niewskazana. Cofa nas bowiem z powrotem do stanu duszy naturalnej, działającej z oddzielenia. Paradoksalnie może prowadzić do wzmacniania ego, zamiast do jego wyciszania. Wiedzieli o tym bogomiłowie. Jednym z trzech sakramentów, które uznawali, był sakrament modlitwy. Było to misterium polegające na połączeniu kandydatów z siłami wyrażonymi przez słowa modlitwy „Ojcze nasz”. Wtajemniczeni w ten sakrament mieli nie modlić się słowami, lecz ciszą duszy. Z kolei ci, którzy nie otrzymali jeszcze tego wtajemniczenia, mieli nie używać słów tej modlitwy, ponieważ jako istoty naturalne, byli podłączeni jeszcze pod siły natury, a nie siły Chrystusa, Logosa naszego wszechświata.

Jak już pisaliśmy powyżej, gorąca modlitwa wypływająca z żaru nowej duszy, sprawia, że dzieją się cuda. W przypowieści o Sarze i Tobiaszu, cud ten nastąpił poprzez Archanioła Rafaela („Bóg uzdrawia”), wysłannika zesłanego przez Najwyższego. Anioł objawia się synowi Tobiasza (który również ma na imię Tobiasz), kiedy ten zostaje wysłany przez ojca po pieniądze, które przechowuje dla niego w Medii jego przyjaciel Gabael. Rafael ukazuje się Tobiaszowi juniorowi pod postacią krewnego Azariasza („Jahwe pomógł”). Dzięki jego prowadzeniu Tobiasz znajduje się cały czas na właściwej ścieżce, bezpiecznie dociera do celu, odbiera pieniądze i zyskuje szczęście dla siebie i całej rodziny. Gdy są w drodze, Rafael pomaga mu pokonać potężną rybę. Tobiasz zabija ją i za radą Rafaela zachowuje jej wątrobę, serce i żółć: „Żółć bowiem, serce i wątroba jej są pożytecznym lekarstwem. Anioł twierdzi, że serce i wątroba ryby pomagają wyzwolić opętane osoby od dręczących je demonów. Żółć natomiast usuwa bielmo z oczu niewidomych. Jak już się zapewne domyślamy, Tobiasz uzdrawia Sarę, która okazuje się być córką Gabaela, od złośliwego demona Asmodeusza i pojmuje ją za żonę. Wraca z pieniędzmi do ojca, usuwa bielmo z jego oczu i cała rodzina żyje długo i szczęśliwie.

Zabicie ryby to pokonanie zwierzęcych, nieuświadomionych sił, które rządzą nami z ukrycia i zakłócają rozwój nowej duszy. Czynią to wszystkie emocje, w które wchodzimy, konflikty, krytyczne myśli, ziemskie pożądania i ambicje, lęk i utożsamianie się ego z różnymi „maskami”. Wątroba jest organem w naszym ciele, który ma związek z rodzajem sił duchowych, z których żyjemy. Gdy nasza wątroba zaczyna być zdolna do przyswajania gnostycznego astralnego promieniowania, niezbędnego między innymi dla oczyszczenia krwi, wtedy znika nasze emocjonalne zaślepienie, dusza się oczyszcza się i otrzymuje nowe energie do dalszego rozwoju.

W „Pieśni nad Pieśniami” znajdujemy takie słowa:

Połóż mnie jak pieczęć na sercu,

jak pieczęć na twym ramieniu,

bo jak śmierć potężna jest miłość.

Wypowiada je „Oblubienica” czyli nowa dusza. Słowa te nawiązują do oczyszczenia pragnień obecnych w sercu, co pociągnie za sobą oczyszczenie czynów (symbolizowanych przez ramię). Dokonać tego można tylko siłą miłości Nowej Duszy, która jest „potężna jak śmierć”. W im większym stopniu zdołamy „uśmiercić” siebie, tym więcej miejsca uczynimy dla mieszkającego w nas Boga. Proces ten nie ma nic wspólnego z przemocą, psychicznym gwałtem dokonywanym na samym sobie, wymuszaniem czegoś na sobie, czy tłumieniem tych instynktów naszej natury, które potrzebują się jeszcze „wypowiedzieć”. Nie ma nic wspólnego z potępianiem, winą i karą, ascezą, czy narzucaniem sobie postawy świętego, do której jeszcze nie dorośliśmy. Ścieżką tą idziemy krok za krokiem, każdego dnia, w każdej chwili starając się wsłuchiwać w głos naszego wewnętrznego przewodnika. Takie ukierunkowanie jest modlitwą, która przyciąga do nas siły boskiego pola. To one pomagają nam pokonywać kolejne części ciała naturalnej istoty, która w nas żyje. Im bardziej wsłuchujemy się w nasze wnętrze, tym wyraźniej widzimy, jak cierpliwe i miłujące jest „łono”, które nas nosi. Bóg jest wspaniałym „słuchaczem”. Słucha z miłością, spokojem, ciszą wszystkich naszych słów, czynów, myśli, pragnień. Jest potężną siłą, która potrafi przyjąć największe nawet okrucieństwo, które przychodzi do głowy ziemskim istotom. Słowa wypowiedziane przez Jezusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”, wskazują na to, że każdy nasz egocentryczny czyn rani w jakiś sposób żywe ciało Boga. Mimo to daje On nam na to przestrzeń, czekając cierpliwie aż skutki takiego postępowania, które do nas wrócą, nauczą nas miłości. Miłość Boga, która nas otula, jest niezwykle poruszająca, piękna, zdumiewająca, najdroższa na świecie.

Daje siłę do najwyższego altruizmu, przekraczającego możliwości ziemskiego człowieka. To dzięki niej grupa około 200 katarów w 1244 roku wybrała śmierć na stosie, zamiast wyparcia się swojego połączenia z Bogiem. Spokój i godność, jaką wykazali się ci ludzie idąc w płomienie, poruszyła do głębi wszystkich obserwujących to wydarzenie i porusza nas głęboko do dziś. Ich czyn spowodował, że w eterycznych warstwach naszej planety zapisał się obraz prawdziwego Człowieczeństwa. Nie tego egocentrycznego, pełnego lęku, które skłoniło Piotra do trzykrotnego wyparcia się osądzanego Jezusa, a które jest naturalne dla ziemskiego człowieka. Lecz tego, które „kładzie swoje życie za braci swych”. Dzięki miłości katarów, wszyscy podążający teraz gnostyczną ścieżką, korzystają z potężnej Siły Światła, którą pozostawili po sobie ci niezwykli ludzie.

Aby móc ze spokojem przyjąć wyrok śmierci, potrzeba najpierw obumrzeć wewnętrznie. Wraz ze śmiercią naturalnej, egocentrycznej świadomości, odchodzi lęk i rodzi się w nas ciało świetlne, utkane z miłości. Z popiołów starej natury powstaje Feniks - ognisty ptak wolności i przezwyciężenia, niezależny od ciała fizycznego, należący do Wieczności.

Współcześnie nie musimy oddawać swojego życia za naszą wiarę, przynajmniej nie w dosłownym sensie. Gnostyczna ścieżka prowadzi nas każdego dnia, krok po kroku do zupełnego przewartościowania celu naszego życia. Nowa Dusza, która się w nas rozwija, uwalnia nas od lęku przed tym, co może nas spotkać ze strony świata fizycznego. Zaczynamy widzieć ten świat jako iluzję i stajemy się częścią rzeczywistego Planu Boga. Jesteśmy w tym świecie, ale już nie z tego świata. Stajemy się słupem światła, łączącym ziemię z niebem, ciągłą modlitwą za swoich braci i siostry, za całą cierpiącą ludzkość.​

czwartek, 3 września 2020

O TWORZENIU


 O TWORZENIU

Emilia Wròblewska - Ćwiek

Wiele mówi się o tworzeniu własnej rzeczywistości za pomocą myśli, wysyłanych w przestrzeń intencji, modlitw, wizualizacji, czy afirmacji. Myśli, słowa i emocje, które generujemy nie są najczęściej wynikiem przypadku, lecz powstają pod wpływem konkretnego zbioru przeświadczeń, zakodowanych w naszej podświadomości.

Obserwacja wydarzeń, ludzi i okoliczności życiowych, jakie do siebie przyciągamy, jest sposobem na rozpoznanie głęboko ukrytych wzorców mentalnych, zapisanych w naszym wnętrzu, których w inny sposób moglibyśmy nie zauważyć. Jeżeli przyciągamy do siebie cyklicznie określony rodzaj dysharmonijnych sytuacji, jest to dla nas informacja o pozbawionym miłości programie, obecnym w naszej osobistej przestrzeni. Rozpoznanie go i świadoma praca nad zmianą pomaga nam prowadzić bardziej satysfakcjonujące życie.

Współcześnie obserwujemy bardzo silny  trend, wywodzący się z wiedzy ezoterycznej, zachęcający nas do świadomego kształtowania swojej rzeczywistości poprzez wdrażanie pozytywnego podejścia mentalno- emocjonalnego. Trend ten dotyczy głównie umiejętności przyciągania do siebie tego, co chcielibyśmy mieć: kariery, wymarzonego partnera, pieniędzy, przyjaciół itd. Wszystkie te wartości mają związek z naszą osobowością i dotyczą materialnej egzystencji. Zaspokojenie potrzeb związanych z fizycznością jest ważne. Ważne jest jednak również, jaka część nas zarządza naszym życiem. Kto lub co rządzi naszym myśleniem, odczuwaniem, pragnieniem i działaniem? Biologiczne instynkty, egotyczny, uwikłany w materię umysł, czy Duch, którego mądrość wyłania się z Ciszy?

W społeczeństwie, w którym żyjemy jesteśmy programowani i zachęcani do osiągania zewnętrznych sukcesów. Motywuje się nas do spełniania marzeń, zdobywania spektakularnych celów, dzięki którym mamy osiągnąć szczęście, lub udowodnić swoją wartość. Bardzo często nie konfrontujemy tych pełnych presji oczekiwań społecznych z tym, co gra w naszym wnętrzu, w naszej najgłębszej istocie. Podążamy za powierzchownymi wyobrażeniami na temat tego, czym jest szczęście i ciągle nie czujemy się spełnieni.

Czy w tym, co zewnętrzne, możemy odnaleźć prawdziwe szczęście? Ten świat jest zorganizowany zgodnie ze słowami Heraklita: „Wszystko płynie”. Wszystko tu podlega ciągłym zmianom, prawu narodzin, wzrostu, kwitnienia, przekwitania i śmierci. Wszystko, co się pojawia na planie materialnym, jest nietrwałe, jest jak fala na oceanie. Rodzi się, unosi się z szumem, z hukiem opada i łączy się na powrót z wielką wodą. Hałas, który przy tym powstaje jest imponujący, lecz czy fala posiada swoją własną istotę? Czy można ją pochwycić w ręce, zamknąć w słoiku, zatrzymać? Możemy powiedzieć, że samej fali nie zatrzymamy, ale w pamięci obserwujących pozostanie wrażenie, jakie ten szum na nich wywarł. Taki sposób myślenia jest charakterystyczny dla naszego małego ja, które czuje się odrębne, oddzielone od reszty istnienia i chce się w tej odrębności utwierdzać. Paradoksalnie, to utwierdzanie sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej nieszczęśliwi, bo prawdziwa błogość wypływa z poczucia jedności z całym istnieniem.

Gdzieś na podświadomym poziomie wiemy o tym, że wszystko tu jest nietrwałe. Dlatego, gdy zdobywamy to, na czym nam zależało, lękamy się bardzo, że to utracimy i ciągle walczymy o to, by to utrzymać. Nie potrafimy się tym długo cieszyć. I wówczas znowu myślimy, że jak zrealizujemy kolejne pragnienie, to będziemy szczęśliwi. Przywiązanie splecione jest z lękiem przed utratą, dlatego nie ma w nas spokoju i cierpimy.

W swojej książce „Wolność od znanego” Jiddu Krishnamurti pisze, że pierwotną przyczyną bezładu w nas jest szukanie rzeczywistości przez kogoś nam obiecanej; idziemy mechanicznie za kimś, kto zapewnia nam wygodne życie duchowe. Jest to niezwykle dziwne, że choć większość z nas przeciwstawia się tyranii politycznej czy wszelkiej formie dyktatury, w tym wypadku przyjmujemy cudzy autorytet i poddajemy się tyranii, by zwichnąć swój umysł i wykrzywić swą drogę życia. Jeśli jednak całkowicie odrzucimy (i to aktywnie, a nie tylko rozumowo) wszelkie tak zwane autorytety duchowe, wszelkie obrzędy, rytuały i dogmaty, to stwierdzimy, że znajdujemy się w konflikcie ze społeczeństwem, tracimy szacunek społeczny. Dalej pisze, że zasługująca na szacunek [społeczny] istota ludzka nie może żadną marą zbliżyć się do rzeczywistości, która jest nieskończona i niezmierzona.[ Człowiek, który odrzuci wszystkie gotowe recepty na osiągnięcie szczęścia i spełnienia, stworzy początkowo na zewnątrz siebie chaos, lecz wydostanie się z pułapki, jaką jest ludzkie poważanie.

Te słowa mogą być bardzo wyzwalające. Będą wyzwalające, gdy zrozumiemy, że nasza wartość nie kryje się w naszej osobowości i jej spektakularnych osiągnięciach. Te ostatnie wymagają poświęceń i często dopiero pod koniec życia zdajemy sobie sprawę z tego, że ambicja i chęć zwyciężania przesłoniły nam miłość do ludzi znajdujących się wokół nas. Nasza wartość ukryta jest w Jaźni, w prawdziwej Jaźni, w której, jak mówią mistycy Wschodu i jak naucza Gnoza, potrzebujemy rozpuścić swój umysł, swoją osobowość, swoje ego.

Przed człowiekiem, dostrojonym do swego wnętrza rysuje się tylko jedna ścieżka - ta, którą wytycza mu jego zanurzone w Ciszy serce. To z niego dobiega wołanie Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. (Mk 10: 21)

To porzucenie nie odnosi się do zewnętrznych spraw. A jednak wymaga często ogromnej odwagi. Wymaga ciągłego wysiłku związanego z obserwacją siebie, z wsłuchiwaniem się w głos Ducha i z rezygnacją z egoistycznych popędów.

Nie oznacza to, że mamy stać się żebrakami, tułaczami, mnichami, ascetami, czy pustelnikami. Słowa te odnoszą się w głęboki sposób do naszego wnętrza. „Sprzedaj wszystko, co masz!” Nie utożsamiaj się z ciałem ani z rzeczami materialnymi, nie czyń z nich „przedłużenia samego siebie”, bądź gotów je w każdej chwili porzucić.  Pamiętaj, że wszystkie zdolności, umiejętności nie są „twoje”; są właściwościami Jaźni.  Jaźni obecnej w każdym człowieku. Gdy odnajdziesz ją w sobie, będziesz potrafił dostrzec ją w innych i pomóc im dostroić się do niej. Niech wszystkie Twoje wysiłki służą najwyższemu dobru wszystkich istot.

Rozdaj wszystko, co masz ubogim… Pragnij dla innych wszystkiego, czego chcesz dla siebie. Porzuć chęć bycia kimś wyjątkowym, lepszym, wyróżniającym się. Zostaw pogoń za sukcesem, adoracją, osiągnięciami, prestiżem, bogactwem, wygodą i luksusem, imponowaniem, rzeczami materialnymi. Są to wszystko rzeczy nietrwałe, podlegające ciągłej zmianie, ulotne. Szukaj istoty. Tego, co jest nieporuszone, Ciszy. To w niej kryje się spokój i harmonia, za którymi tęskni Twoja dusza.

Nie ma „mnie”. To, co uważam za „ja” jest zbiorem iluzji, do których przylgnęłam. Moja prawdziwa istota znajduje się głębiej. Nie ma imienia, nie ma nazwy, nie ma koncepcji. „Tao, które może być nazwane nie jest prawdziwym Tao”. Nie potrafię udowodnić słowami innym, że ta inna Istota żyje we mnie. Mogę - jedynie i aż - wyczuwać jej istnienie, i nie płyną za tym żadne słowa. Tak jak nie da się złapać w dłonie fal, tak nie pochwycę „swej” Prawdziwej Istoty umysłem. Nie ujmę jej w ramy koncepcji. Mogę wyczuć ją sercem, w którym znajduje się iskra prawdziwej Jaźni. Mogę usłyszeć wzywający mnie „głos Ciszy”. Tę umiejętność wyczucia Boga w sobie Jan van Rijckenborgh nazywał wiarą. Wiara rodzi się wskutek przebudzenia się w nas iskry prawdziwej Jaźni, iskry Ducha. Gdy podążymy za jej wezwaniem, stanie się ona wielkim ogniem, który pochłonie całą iluzję.

Kazaniu na Górze jest napisane:

Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.  (Mt 6: 33)

Słowa te są bardzo pomocne i praktyczne. Zachęcają do pozostawania w teraźniejszości; do szukania naprzód „królestwa”, czyli stanu uświęconej Ciszy w sobie. Gdy słuchamy głosu naszej Jaźni i pozostajemy pełni wdzięczności i zaufania, wówczas sprawy układają się same z pożytkiem dla wszystkich. Nasza praca odbywa się pod przewodnictwem Ducha. Dostrajamy się do pola wszelkich potencjałów, do Boga, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Dlatego Mistrz Eckhart napisał: Świętości nie należy opierać na czynach; raczej należy ją opierać na byciu, albowiem to nie uczynki nas uświęcają, lecz my powinniśmy je uświęcać

Samorealizacja, na której nam tak bardzo zależy, nie polega na rozwijaniu i udoskonalaniu osobowości. Nie polega na tym, by osiągać niesamowite wyniki i uważać się za autora tego sukcesu. Wszystko zanurzone i pogrążone jest w Bogu, w nieskończonej Jaźni, Źródle, które obdarza nas wszystkim, co istnieje. A więc w naszym życiu chodzi o odnalezienie Boga w sobie, przejawienie się prawdziwej Jaźni, rozpuszczenie w niej koncepcji o własnej odrębności, wyzwolenie się od egoizmu i lęku na rzecz Miłości i jedności. Tacy ludzie tworzą Nową Ziemię, wolną od bólu, niesprawiedliwości i niedoskonałości. Na tym właśnie polega prawdziwa Twórczość.


Artykuł ukazał się w casopiśmie LOGON


środa, 10 czerwca 2020

Pytanie książek i gwiazd



Pytanie książek i gwiazd?

Od niepamiętnych czasów, w ludziach obecne jest pewne poczucie braku, niedoskonałości, niepełności. Być może płynie ono z obserwacji siebie i swojego funkcjonowania w świecie, doświadczania błędów, które się popełnia i ich konsekwencji. Być może płynie ono też z jakiegoś głęboko w nas wpisanego przeświadczenia, że człowiek może osiągnąć doskonałość, być nieskazitelny.
Z tych dwóch czynników bierze się nasze dążenie do naprawiania siebie, do intensywnego ulepszania swojej osoby według obecnego w nas wyobrażenia o tym, kim jest człowiek doskonały. Wyobrażenie to może pochodzić z wnętrza lub być rezultatem wzorców narzuconych z zewnątrz. To ostatnie zjawisko odnosi się w dużej mierze do korekty naszego wyglądu zewnętrznego, a także do wzorców zachowania lansowanych przez media. Bywa, że nie zwracamy uwagi na to, czy te zewnętrzne kanony współgrają z naszą wewnętrzną prawdą. Nie jesteśmy bowiem nauczeni wsłuchiwać się w siebie i szanować wiedzę, która napływa do nas z Ciszy. Gdy staramy się uformować siebie na siłę, przypominamy siostry Kopciuszka - "przycinamy" siebie, byle tylko wpasować się w pożądany szablon. Staramy się sprostać oczekiwaniom ego, nierealistycznym żądaniom, wynikającym z braku szacunku.
Jedną z najtrudniejszych rzeczy dla nas jest akceptacja tego, co jest, zgoda na to, co jest. Zgoda na siebie: na swój wygląd i obecny poziom świadomości oraz na to, co dzieje się w chwili obecnej. Z braku zgody płynie niepokój, nerwowość, poczucie, że ciągle musimy dokądś biec, coś ulepszać i coś osiągać, czegoś się uczyć, nabywać, gromadzić. W rezultacie jesteśmy w wiecznej pogoni za wyimaginowanym ideałem i zaniedbujemy to, co jest teraz, oraz tego, kto jest teraz. Obecnego siebie, swoje obecne ciało, swoje obecne rozumienie, swoje obecne odczuwanie. Jest to wielka pułapka, w którą schwytał nas nasz umysł. To tak, jakbyśmy nie dawali miłości i uwagi nowonarodzonemu dziecku, mówiąc mu, że pokochamy je jak dorośnie. Rezultatem jest wielkie cierpienie, płynące z energetycznego niedożywienia.
Nauczeni jesteśmy uciekać umysłem od siebie i od chwili obecnej. W przeszłość, w przyszłość, w abstrakcyjne rozważania, w rozrywki lub pracę. Nie jesteśmy świadomi ani tego, co "bliższe niż ręce i nogi", czyli Boga, który w nas przemawia, ani dosłownie nie jesteśmy świadomi naszych "rąk i nóg", naszego ciała - tego, co się w nim dzieje, co stara się nam ono zakomunikować.
Ezoteryczna mądrość głosi, że duch jest życiem, umysł – stwórcą, a ciało rezultatem. Nasze ciała są wspaniałym darem i narzędziem na ścieżce samopoznania. Wsłuchując się w swoje ciało, wczuwając się w nie, kontaktując się z tymi częściami w nas, które są ściśnięte, przyblokowane, bolesne, możemy rozpoznać, w jakich aspektach nasz umysł oddalił się od ducha, tworząc fałsz, iluzję, a tym samym cierpienie. Niedomaganie danej części ciała jest obrazem zniekształcenia odpowiadającej jej symbolicznie prawdy ducha. Nie jest to jednak powód, by siebie potępiać, lecz sygnał od ciała, by rozpuścić fałsz, rozpoznać prawdę i siebie pokochać.
Wszelki brak akceptacji jest cierpieniem. Żeby dostroić się do doskonałości, nie potrzebujemy "tresować” siebie, łajać i strofować. Nie potrzebujemy nabywać mądrości z zewnątrz, technik z zewnątrz, zmuszać się i kontrolować. Potrzebujemy słuchać mądrości swojego serca, mądrości chwili obecnej i mądrości swojego ciała. Potrzebujemy ciszy, a nie gotowych formuł. Receptywności zamiast narzucania.
Dlatego Lao Tzu powiedział:
Ci, którzy poszukują wiedzy, gromadzą coś każdego dnia.
Ci, którzy poszukują Drogi, pozbywają się czegoś każdego dnia.[1]
Wszelkie techniki pracy nad sobą wymyślone przez innych ludzi są ich własnym bogactwem. Możemy się nimi oczywiście inspirować, jednak powinniśmy bardzo uważać, żeby było to zgodne z naszą wewnętrzną prawdą. Bywa bowiem, że naśladujemy kogoś, imitujemy go, jego metody, i nie widzimy, że imitacja ta jest cieniem, odbiciem, kopią - zamiast być żywą prawdą chwili obecnej. Wszelkie naśladownictwo, powtarzanie wyuczonych technik w pracy nad sobą jest zagłuszaniem mądrości swojego serca, żywej mądrości Teraz.
Wszelkie światopoglądy są próbą wtłoczenia niewyrażalnej Prawdy w ramy teorii. Eckhart Tolle w swoich wykładach zwraca często uwagę na to, że w momencie, gdy np. widzimy albo słyszymy ptaka i nasz umysł od razu rozpoznaje, że to kos lub słowik, zadowalamy się tym i zamykamy na wielowymiarowość, głębię i prawdę tej istoty oraz tego, co się dzieje w chwili obecnej. Zadowalamy się etykietami, zamiast smakować rzeczywistość.
Tym, nad czym potrzebujemy pracować, jest przyjmowanie chwili obecnej bez sprzeciwu, obserwacja głębszej mądrości, która wyłania się z każdego doświadczenia. Jest to "pozbywanie się czegoś każdego dnia", by stać się pustym, wolnym od uprzedzeń. Wielką pomocą jest tu nasze ciało. Wczuwanie się w jego świętość i mądrość. Wczuwanie się w miejsca bolesne, w których odczuwamy dyskomfort, i obdarzanie ich świadomością, uwagą, otulanie miłością. Nie potrzeba tu żadnych technik i komend. Nasza wewnętrzna mądrość będzie naszym przewodnikiem. Nasze serce, jego zdolność odczuwania łączy nas z duchem, a duch jest inspiracją dla umysłu. Gdy podążamy za tym prowadzeniem, stajemy się pełni i doskonali na obraz i podobieństwo Boga, a nie na obraz doskonałości, wymyślony przez egotyczny umysł.
Kluczem jest umiejętność słuchania mądrości serca, mądrości ciała, mądrości chwili obecnej i obdarzanie wszystkiego szacunkiem, uwagą i akceptacją, jednym słowem - Miłością

Tekst ukazał się w czasopiśmie Logon. Poniżej link:

https://www.logon.media/pl/pytanie-ksiazek-i-gwiazd

środa, 27 maja 2020

Śpiący Rycerze


ŚPIĄCY RYCERZE

Emilia Wróblewska - Ćwiek

W swej książce Bohater o tysiącu twarzy, Joseph Campbell stwierdził: „Zadziwiające jest to, że owa charakterystyczna moc poruszania i budzenia naszych głęboko ukrytych sił twórczych tkwi w najprostszej bajce dla dzieci, tak jak w kropli wody zawarty jest ocean lub w jaju pchły cała tajemnica życia”[i]. Mówi on, że mity i podania ludowe zebrane z wszystkich zakątków ziemi składają się na jedną wielobarwną, bogatą opowieść o wzniosłym przeznaczeniu człowieka i ścieżce, która prowadzi do jego urzeczywistnienia.
Jedna z najbardziej znanych polskich legend opowiadająca o „śpiących rycerzach” ukrytych w grocie pod Giewontem, wpisuje się w znany na całym świecie motyw pozostających we śnie bohaterów, którzy - gdy nadejdzie odpowiedni czas - powstaną, by walczyć o wolność. Historia o śpiących tatrzańskich rycerzach bywa zazwyczaj interpretowana w kontekście patriotycznym i niepodległościowym, mimo to jednak jej przesłanie jest dużo głębsze i bardziej pierwotne. Aby to wykazać, przytoczymy dla przypomnienia treść legendy.
Bohaterem podania jest pastuszek imieniem Jaśko, mieszkający w góralskiej wiosce u podnóża Tatr. Pewnego razu sąsiad Jaśka, stary gazda, złożył mu wizytę i opowiedział historię o skarbie ukrytym w jaskini pod Giewontem. Zaintrygowany chłopiec udał się więc pod Giewont, aby znaleźć ową jaskinię. Gdy zmęczony wędrówką przysiadł na kamieniu, usłyszał rżenie koni. Zdziwiło go to, ponieważ na wysokości, na której się znajdował, nie spotykało się raczej koni. Po chwili zorientował się, że dźwięki dochodzą spod ziemi. Rozejrzał się wokół siebie i dostrzegł niewielką szczelinę pomiędzy głazami. Zaciekawiony, odwalił kamień zagradzający wejście, zsunął się w dół, szedł chwilę w ciemnościach, aż trafił do dużej groty, w której płonęło ognisko. Pod jej ścianami stały piękne konie, pośród których spał rycerz w lśniącej zbroi. Jaśko wystraszył się i rzucił do ucieczki. Uciekając jednak, kopnął niechcący kamień i obudził rycerza, który zadał mu pytanie:
– Czy nadszedł już czas?
– Nie panie, jeszcze nie – odparł Jaśko.
– Dobrze. To bardzo dobrze – powiedział rycerz i wskazał chłopcu sąsiednią grotę. – Popatrz chłopcze, tu śpimy my, rycerze jego królewskiej mości. Gdy nadejdzie czas, wstaniemy, aby bronić naszych gór i naszej ziemi. Ale teraz jeszcze nie budź moich braci. Gdy będzie trzeba, powstaną sami.
Powiedziawszy to, rycerz podszedł do ogniska, wyjął z niego grube, palące się polano i podał chłopcu, aby oświetlił sobie nim drogę.
Po powrocie do domu Jaśko opowiedział o swojej przygodzie góralom, którzy również zapragnęli zobaczyć rycerzy. Podczas kolejnej wyprawy chłopiec nie odnalazł jednak wejścia do jaskini. Nie usłyszał także rżenia koni.
– Jeszcze nie nadszedł właściwy czas – rzekł do górali, a oni mu uwierzyli.
Stary gazda zwrócił się do chłopca słowami:
– Nie sądziłem, że uda ci się odnaleźć skarb, o którym ci opowiedziałem. Czy wiesz, co jest tym skarbem?
Jaśko pokręcił głową.
– To wolność, chłopcze – uśmiechnął się stary góral. – Ona jest największym skarbem. Nie tylko tutaj, w górach, ale i na całym świecie. I to właśnie jej będą zawsze strzegli śpiący rycerze z Tatr.[ii]
Legenda ta stała się inspiracją pięknego, poruszającego swą głębią wiersza Marii Konopnickiej „Tam w moim kraju, w dalekiej stronie”:
Tam, w moim kra­ju, w da­le­kiej stro­nie
Sto gwiazd zga­szo­nych stoi w ko­ro­nie,
Sto gwiazd zga­szo­nych nad po­lem stoi,
Jak stu ry­ce­rzy w że­la­znej zbroi.

Tam, w moim kra­ju, w da­le­kiej stro­nie
Sto serc go­rą­cych tę­sk­no­tą pło­nie,
Sto serc go­rą­cych w pier­si ude­rza
Jak duch w że­la­zne bla­chy pan­ce­rza.

Tam, w moim kra­ju, w da­le­kiej stro­nie
Sto wi­chrów tęt­ni przez pu­ste bło­nie,
Sto wi­chrów tęt­ni przez szlak ste­po­wy
Jak stu ru­ma­ków w zło­te pod­ko­wy.

A jak prze­mi­nie sto dni, sto nocy,
Wsta­ną ry­ce­rze w serc ży­wych mocy,
Wsta­ną ry­ce­rze, do­się­dą ko­nie,
Za­pa­lą gwiaz­dy w zło­tej ko­ro­nie.
Symbolika zawarta zarówno w legendzie, jak i w wierszu nawiązuje do archetypowych motywów wyzwalającej ścieżki duchowej, w którą wyrusza każdy człowiek, gdy nadchodzi „właściwy czas”. Ścieżka ta była od zawsze przyrównywana do wspinania się na wysoką górę. Jej celem było i jest wzniesienie, wspięcie się na duchowe wyżyny, odzyskanie utraconej dawno temu wolności i suwerenności, wyzwolenie się z okowów materii; z błędnego koła narodzin i śmierci. W drugiej części tego artykułu postaramy się ukazać, jak ta stara, słowiańska przypowieść ludowa i napisany przez Marię Konopnicką wiersz pokrywają się ze ścieżką alchemicznej przemiany i biblijnym przekazem, odczytywanym przez pryzmat wewnętrznego chrześcijaństwa (Gnozy).
W życiu każdego z nas przychodzi moment, w którym uzmysławiamy sobie jałowość naszej ziemskiej egzystencji. Podczas niezliczonej ilości inkarnacji na tej planecie zdobywamy ogromną ilość doświadczeń, z których jasno wynika, że osiągnięcie spełnienia jest tu niemożliwe. Uświadamiamy sobie, że pomimo zdobycia wszelkich możliwych dóbr materialnych, wymarzonego partnera życiowego, czy zawodowej samorealizacji, wciąż obecna jest w nas jakaś pustka i tęsknota za innym światem. Zaczynamy czuć się na Ziemi obco, pojawia się poczucie bycia uwięzionym. Symbolem naszego zniewolenia i nieboskiego stanu są zgaszone gwiazdy w koronie z wiersza Konopnickiej. Pojawia się w nas „wielka nostalgia” za duchowym domem, za utraconą boską ojczyzną.
W naukach gnostycznych, tęsknotę tę nazywa się prawspomnieniem. W naszej świadomości pojawia się bowiem niewyjaśnione przeczucie, że istnieje doskonały, pełen miłości świat, do którego możemy powrócić. Owo prawspomnienie reprezentuje w legendzie „stary gazda”. Jest on głosem naszej prawdziwej istoty, przemawiającej za pośrednictwem tzw. iskry ducha, obecnej w naszym sercu. Iskra ta jest boską cząsteczką ukrytą w nas, pierwotną materią, ziarnem, z którego może się odrodzić nasza boskość. Jej głos przypomina nam o czekającym na nas duchowym skarbie.
Głos ten zwraca się do małego „Jana” w nas, do części naszej psychiki, natchnionej przez iskrę ducha i jej tęsknotę za Bogiem. Niezwykle interesująca jest zbieżność imienia głównego bohatera legendy i biblijnego Jana Chrzciciela, który prostuje ścieżki na przybycie Zbawiciela. Przygotowuje nasz system na narodziny nowej duszy, którą w Biblii reprezentuje Jezus. Potrzebujemy zrozumieć, że wszystkie postaci i wydarzenia opisane w Biblii i innych świętych księgach różnych tradycji religijnych, a także mitach z całego świata, odnoszą się do aspektów naszego wnętrza i naszych wewnętrznych zmagań na ścieżce prowadzącej do duchowej wolności.
Gdy budzi się ten zew wolności, ukryty w nas Jaśko wyrusza na poszukiwanie skarbu. Alchemicy uważali, że fazie tej patronuje Merkury. Na tym etapie zaczynamy poszukiwać duchowej Prawdy. Jeździmy na różne wykłady, warsztaty, spotkania, czytamy ezoteryczne książki, medytujemy, zmieniamy sposób odżywiania się, pracujemy nad własnym charakterem, jednym słowem, staramy się na wszelkie możliwe sposoby dostroić wibracyjnie do świata Ducha. I jeżeli jesteśmy wytrwali, przychodzi moment, gdy, zgodnie ze słowami Jezusa „szukajcie a znajdziecie”, następuje punkt zwrotny na naszej ścieżce i zostajemy połączeni z siłami Gnozy.
Symbolem miejsca, w którym następuje takie połączenie, miejsca, będącego pomostem pomiędzy naszym „podksiężycowym”, ziemskim światem, a wymiarem Ducha była dla starożytnych grota, jaskinia. To właśnie w grocie skalnej Jezus narodził się i zmartwychwstał.
Skały, kamienie były od zawsze kojarzone z ziemią, twardą materią, krystalizacją, której władcą był Saturn. Pod patronatem Saturna znajduje się pierwsza alchemiczna faza procesu przemiany ziemskiego, „ołowianego” człowieka w utkaną ze złotego światła boską istotę. Faza ta nosi nazwę nigredo – czernienie.
Grota to symboliczne pęknięcie naszego materialistycznego nastawienia. Miejsce w nas, w które może wpłynąć energia nie z tego świata. Jaśko z legendy odsuwa kamień i schodzi w dół, do ciemnej jaskini. Konfrontuje się tu z własnym lękiem i poznaje obecny w sobie mrok. Doświadcza pierwszej z dwóch „ciemnych nocy duszy” - nocy określanej przez świętego Jana od Krzyża, jako noc umysłu. Oczyszcza się wstępnie ze swych najbardziej przyziemnych dążeń, materialistycznych przywiązań i cielesnych żądz. Mierzy się ze swoim cieniem i powoli go rozświetla mocą swojej świadomości. W miarę oswajania się z nieuświadomionymi dotąd aspektami siebie, przyjmuje coraz więcej duchowego ognia. Legenda ukazuje nam to w obrazie ogniska i rozmowy z rycerzem.
Jaśko wchodzi do dużej groty i w blasku ogniska dostrzega „piękne konie, pośród których śpi rycerz w lśniącej zbroi”. W tej fazie rozpoznaje ukryte w sobie boskie, wyzwalające siły. Przebudzony rycerz ukazuje mu sąsiednią grotę, w której wsparci na mieczach spoczywają inni śpiący rycerze. Gdy nadejdzie czas, zbudzą się ze snu, wsiądą na swoje rumaki i uwolnią góry oraz ziemię.
Zatrzymajmy się chwilę przy obrazie rycerza na koniu. Człowiek dosiadający wierzchowca, komunikujący się z nim poprzez subtelne ruchy swego ciała, panujący nad nim i stopiony z nim na wiele godzin w jedno, przywodzi na myśl centaura. W tej mitycznej postaci pół-konia, pół-człowieka, celującego z łuku w gwiazdy, alchemicy dopatrywali się idealnego połączenia ciała, duszy i ducha. Centaur o głowie, piersi i rękach człowieka oraz tułowiu i nogach konia to obraz boskiej trójcy wtłoczonej w zwierzęce, materialne ciało, symbolizowane przez liczbę cztery (cztery nogi zwierzęcia). To obraz ducha, który stopniowo przejmuje kontrolę nad zwierzęcymi popędami człowieka. Obraz ten pojawia się tu nieprzypadkowo, nawiązuje bowiem do wpływów Jowisza, które pojawiają się pod koniec procesu nigredo.
Jowisz, w przeciwieństwie do mrocznego, zimnego, melancholijnego i związanego z ziemią Saturna, niesie z sobą optymizm, ciepło, idealizm, ale też skłonność do przesady i braku umiaru. Tak jak u centaura, widzimy tu połączenie tego, co boskie, z tym, co zwierzęce. Ten sam obraz możemy również odczytać z biblijnej postaci Jana Chrzciciela - określonego jako „głos, nawołującego na pustyni”. Jak czytamy w Ewangelii Marka (Mk 1: 6):
„Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym”.
Wielbłądzia sierść, w którą odziany jest Jan, symbolizuje ziemskie jeszcze ciało, z którego nie zostały do końca wykorzenione zwierzęce instynkty. W ciele tym jednakże znajduje się już siła transmutacji, której symbolem jest wielbłąd. To pustynne zwierzę ma bowiem zdolność do przekształcania zmagazynowanych w garbie zapasów tłuszczu w energię i wodę. Skórzany pas na biodrach Jana obrazuje jego wolę odcięcia się od niższych aspektów swej natury. Szarańcza, którą się odżywia to energia pochłaniająca to, co gęste i niskie, a miód to złoto ducha, w które powoli zaczyna się on odziewać. Do tego etapu ścieżki nawiązuje trzecia zwrotka wiersza Marii Konopnickiej, mówiąca o wichrach tętniących przez pustynne błonie i rumakach o złotych podkowach.
Jowiszowe energie karmią Jaśka siłą ideałów, nadzieją i światłem. Rycerz w lśniącej zbroi, uosabiający cnoty duszy, ofiarowuje mu płonące polano, które ma oświetlać dalsze etapy jego ścieżki. Jaśko, człowiek Janowy, wychodzi więc z groty przemieniony, oczyszczony i wzbogacony o światło ducha, które krąży w jego krwi. Jego wyjście z groty na światło dnia, zwiastuje początek albedo - kolejnego etapu alchemicznego procesu. Owo wyjście z jaskini można porównać do narodzin nowej duszy w człowieku, której symbolem jest w Biblii Jezus. Dusza ta rodzi się z iskry, o której mówiliśmy powyżej.
Jaśko wraca do swoich i zaczyna dzielić się swym światłem z innymi. Kroczy dalej ścieżką umniejszania siebie, by ten Inny w nim - nowa dusza, Jezus, mógł rosnąć w siłę. Legenda kończy się na fazie albedo.
Jasiek jednak otrzymuje obietnicę, że gdy nadejdzie czas przebudzą się w jego systemie wszyscy śpiący rycerze (siły Chrystusa) i wyzwolą jego duszę od świata materii, tak że będzie mógł on powrócić do swojego duchowego domu.
Przed nim jeszcze dwa etapy ścieżki:
citrinitas znajdujący się pod patronatem Wenus i Księżyca, tożsamy z dalszym oczyszczaniem, dojrzewaniem nowej duszy i tkaniem jej świetlistej szaty,
- etap przejściowy, pomiędzy citrinitas a rubedo, znajdujący się pod patronatem Marsa, gdy dochodzi do ukrzyżowania, będącego symbolem całkowitej śmierci starego „ja”. Zwieńczeniem procesu jest etap rubedo, gdy złoto ducha płynie w krwi człowieka. Gdy jego dusza, niczym boska oblubienica, poślubia ducha i jawi się obrazem z Apokalipsy świętego Jana, niczym:
„Niewiasta obleczona w słońce z księżycem pod stopami,
a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu”.
Taką obietnicę otrzymał zarówno Jaśko z legendy, jak i każdy z nas:
„A jak prze­mi­nie sto dni, sto nocy,
Wsta­ną ry­ce­rze w serc ży­wych mocy,
Wsta­ną ry­ce­rze, do­się­dą ko­nie,
Za­pa­lą gwiaz­dy w zło­tej ko­ro­nie.”
„To wolność”, o której mówił stary gazda.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie LOGON.
Linki do niego:
https://www.logon.media/pl/spiacy-rycerze-czesc-1
https://www.logon.media/pl/spiacy-rycerze-czesc-2

Ręce Duszy

 Ręce Duszy Emilia Wróblewska - Ćwiek (Artykuł ukazał się w czasopiśmie Logon) Dusza człowieka otrzymała dwie ręce: lewą miała wyciągać w gó...